niedziela, 22 grudnia 2013

Manhattan Easy Match Make Up

Mam dla Was obiecywaną jakiś czas temu recenzję nowiutkiego podkładu marki Manhattan Easy Match Make Up. Podkład towarzyszył mi przez ostatnie dwa tygodnie, tak więc sądzę, że wystarczająco się poznaliśmy i już raczej niczym mnie nie zaskoczy.



Opakowanie

Plastikowa butelka z pompką próżniową. Muszę przyznać, że prezentuje się całkiem zacnie. Ostrzegam jednak lojalnie, że pompka czasami się zacina i trzeba uważać, by nie zachlapać się podkładem. Sama miałam kilka przykrych przypadków, kiedy pompka "opluła" mnie i ściany (sic!) podkładem.





Konsystencja

Taka, jaką najbardziej lubię, czyli bardzo rzadka, wręcz wodnista.




Zachowanie, wygląd na skórze, trwałość itp.

Podkład świewtnie rozprowadza się na skórze, aczkolwiek nie polecam tutaj pędzla czy gąbeczki, bo wtedy tworzą się nieestetyczne smugi. Najwygodniej rozprowadza się  palcami. Fluid ładnie wyrównuje fakturę skóry, nie podkreślając przy tym suchych skórek, strupków czy zmarszczek. Krycie ma lekkie w kierunku średniego - wielkich kulfonów nie przykryje, ale drobne przebarwienia nie stanowią dla niego problemu. Uwaga na meszek na twarzy - podkład lubi gromadzić się wokół włosków; w newralgicznych miejscach trzeba skrupulatnie go rozetrzeć.
Wykończenie jest matowe; nie wiem jak podkład zachowałby się na tłustej cerze, niemniej na mojej mieszanej utrzymuje mat przez 4 do 5 godzin. Po tym czasie wymaga już poprawek.

Kolorystyka

Uboga. W Polsce dostępne są 4 odcienie. Mam kolor najjaśniejszy (30 Soft Porcelain), który początkowo wydawał mi się wręcz podkładowym objawieniem. Szybko okazało się, że odcień  ten dość konkretnie się utlenia i z porcelaną ma niewiele wspólnego. Plusem jest to, że pomimo ewidentnych, różowych podtonów, fluid mnie nie świnkuje (a to zasługa tego, że oksyduje na pomarańczowo) :P








Cena

Około 31 zł.

Podsumowanie

Całkiem niezły podkład za niewielkie pieniądze. Może jakością tyłka nie urywa, może nie ma jakiegoś efektu "wow", palpitacji serca, czy ślinotoku, niemniej przy codziennym użytkowaniu podkład daje radę. Polecam go osobom, które nie oczekują niezwykłej trwałości, krycia mankamentów, buzi rodem z okładki magazynu Elle, ale zwyczajnego kosmetyku, który służy poprawieniu urody.

sobota, 7 grudnia 2013

NYX HD Studio Photogenic Foundation z bliska

Początkowo nie planowałam szerszej recenzji podkładu NYX. Moja opinia o nim nie zmieniła się od czasów ostatniej notki, niemniej uznałam, że choćby ze względu na stosunkowo wysoką cenę, poświecę mu oddzielnego posta.



NYX HD Studio Photogenic Foundation


Opakowanie podkładu jest proste i schludne, ale sama plastikowa butelka z pompką jakąś szczególną urodą nie grzeszy... Plusem jest to, że na wypadek awarii pompki butelkę można rozciąć. Pompka nie zacina się, nie pluje powietrzem, tak więc całość na plus.


NYX HD Studio Photogenic Foundation

NYX HD Studio Photogenic Foundation

Konsystencja podkładu jest umiarkowanie rzadka. Podkład nie jest lejący, nie jest też kremowy. Jest to jakby faza pośrednia, która powinna zadowolić większość użytkowniczek. I wszystko jest niby fajnie, ale problemy zaczynają się przy nakładaniu cudaka na skórę. Nie wiem, co z nim jest nie tak, ale mam duże problemy z rozprowadzeniem tego podkładu w ten sposób, by wyglądał naprawdę dobrze... Pełna pompka podkładu to za dużo; podkład pomimo iż nie jest gęsty, jakoś dziwnie oblepia twarz, sprawiając że skóra staje się nieświeża i przeciążona. Z kolei mniejsza ilość produktu nie spełnia swojej roli, raz że nie starcza na pokrycie buzi, dwa, że w ogóle nie kryje niedoskonałości ani nie wyrównuje faktury skóry. Próbowałam już różnych technik nakładania - płaskim pędzlem do podkładu, flat topem, a także gąbeczką. I oczywiście palcami. Żadna z tych metod nie zadowala mnie w najmniejszym stopniu. Być może sprawdziłby się tu beautyblender, niemniej myśl o wydaniu kolejnych 80 zł na specjalną gąbkę do makijażu, nie jest zbyt pociągająca:P Możliwe też jest, że podkład wymaga po prostu jakiegoś bardziej wyrafinowanego utrwalacza niż puder bambusowy. Takowego jednak nie posiadam...
Tak jak wspomniałam, krycie podkładu jest średnie w kierunku lekkiego. Podkład jedynie wyrównuje koloryt cery, ale w żaden sposób nie maskuje niedoskonałości.  Podkreśla suche skórki, zmarszczki i grudki, a także meszek na twarzy. Przed nałożeniem podkładu konieczne jest więc solidne nawilżenie skóry. Odcień jaki posiadam, czyli 01 Nude, pomimo iż wydaje się jasny, nie jest jakimś objawieniem dla bladolicych. Na skórze dość szybko oksyduje w kierunku koloru... brudnej, beżowo-różowej szmaty. Poważnie:-)




Trwałość podkładu jest mizerna. Makijaż wytrzymuje u mnie maksymalnie 5-6 godzin, po czym wymaga gruntownej korekty. Podkład najszybciej znika z przetłuszczających się partii skóry - u mnie jest to broda i nos.
Podkład mnie nie zapchał ani nie uczulił. Podkreślę jednak, że nie jestem tutaj wyrocznią, gdyż nie używałam go specjalnie regularnie.
Cena podkładu zależy od miejsca jego zakupu. Swój egzemplarz nabyłam w perfumerii Douglas, gdzie zapłaciłam za niego  84 zł. Jest to zdzierstwo w biały dzień oczywiście, bo w USA podkład kosztuje 15 $ ( czyli w przeliczeniu na złotówki jest to niecałe 50 PLN). Niezła przebitka, co?

Podsumowując, HD Studio Photogenic Foundation, jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Szczerze, to nie widzę żadnych zalet tego podkładu. Aplikacja, wygląd na skórze, trwałość wypadają bardzo miernie. Na rynku jest pełno podkładów o dużo lepszych właściwościach, a kosztujących znacznie mniej.

piątek, 6 grudnia 2013

Catrice Camouflage Cream - podkład korygujący w kremie

Korektory i kamuflaże nigdy nie były moją bajką. Aby ujednolicić kolor skóry zwykle wystarcza mi podkład, więc nie miałam nawet potrzeby posiadania w kosmetyczce dodatkowych mazideł kryjących. Latem naczytałam się jednak na wizażu.pl (a gdzieżby indziej:P) bardzo pochlebnych recenzji na temat kamuflażu marki Catrice i postanowiłam, że wypróbuję owego "czarodzieja".


Catrice Camouflage Cream

źródło


Pomimo jęków, że produkt jest trudno dostępny, nie miałam najmniejszych problemów z jego nabyciem. Ot, weszłam do pierwszej lepszej drogerii Natura in kamuflaż kupiłam:P Teraz tego oczywiście żałuję, bo może gdyby był niedostępny, to nie zasiliłby arsenału bubli w mojej kosmetyczce. Ale po kolei...

Kamuflaż zamknięty jest w zakręcanym słoiczku. Ani to fajne, ani praktyczne (o higienie już nie wspomnę), ale uzasadnione jego gęstą konsystencją. Inaczej się po prostu nie dało.

Catrice Camouflage Cream 010 Ivory

Catrice Camouflage Cream 010 Ivory


Kosmetyk rozprowadza się na skórze topornie. Słyszałam coś o rzekomej jego kremowości. Ja jej nie widzę. Dla mnie to bardziej gęsta pasta, która roztapia się nieco pod wpływem temperatury ciała, i tylko to pozwala jej jako tako rozetrzeć się na skórze. Po czym znowu tężeje i zaczyna wyglądać paskudnie. Krycia jej nie odmówię (paście, oczywiście), ale co z tego, jeśli jest widoczna na twarzy? Usiłowałam nakładać ją pod oczy, bo tam mam najwięcej do ukrycia. Efekt był obrzydliwy - pasta zostawiona sama sobie wlazła w zmarszczki i nawet najdrobniejsze załamania skóry, eksponując je do granic możliwości. Potraktowana pudrem wysuszyła się na wiór, przy okazji ściągając skórę. Na nosie, który z powodu pękniętych naczyń krwionośnych nie prezentuje się zbyt okazale, też się nie spisała. W pierwszym momencie coś tam ukryła, po czym spłynęła i znikła.  Skutecznie zapchać pory, o dziwo, jednak zdążyła. Brawo.
By nie dać tak szybko za wygraną próbowałam walczyć z nią na różne sposoby - nakładałam na skórę nakremowaną, przetartą tonikiem, to znowu saute i... klops! Zmieniałam sposób nakładania i narzędzia; posiłkowałam się pędzlem, gąbeczką, to znowu palcami i nadal było fatalnie...


Catrice Camouflage Cream 010 Ivory


Podsumowując, kolejny bublel od Catrice. Naprawdę, nie widzę żadnych zalet tego kamuflażu. Ani kolor, ani trwałość, ani wygląd na skórze, nawet opakowanie mnie nie urzekły. Przestanę chyba odwiedzać wizaż (a ściślej KWC), bo za jego sprawą gromadzę w domu cały arsenał badziewiastych kosmetyków, pffe!:P

Już wkrótce...

Manhattan wypuścił na rynek nowy podkład Easy Match Make Up. Najjaśniejszy w ofercie kolor (30 Soft Porcelain) wyglądał obiecująco, więc produkt kupiłam i zabrałam się za testy. Recenzja w drodze :)

Manhattan Easy Match Make Up

Manhattan Easy Match Make Up

Manhattan Easy Match Make Up

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozczarowania miesiąca :(

W listopadzie moją kosmetyczkę zasiliła całkiem pokaźna gama kosmetyków. Kupionych (jak zwykle z resztą) pod wpływem impulsu. Z całego arsenału mazideł nagębnych i naocznych, większość okazała się klapą, sromotną porażką, dnem i totalną stratą pieniędzy.



1. Skin79 Green

Jedyny plus kremu, to fajne opakowanie. Green jest niby jasny, ale błyskawicznie oksyduje, tak że nie widzę absolutnie żadnej różnicy pomiędzy nim, a ślimakowym bratem (klik!). Coś tam kryje, coś tam wyrównuje, całkiem porządnie matowi skórę, ale... moja buzia wygląda lepiej bez niego. Rozumiecie - podkład czy to bb krem ma upiększać skórę, a ten tego nie robi. Podchodziłam do niego wiele razy i klapa. Po prostu nie nadaje się do cienkiej, delikatnej i odwodnionej skóry. Amen.

2. NYX HD Studio Photogenic Foundation

W zasadzie mogłabym przytoczyć wypowiedź dotyczącą Skin79. Podkład nałożony na skórę po prostu wygląda źle. Nie kryje, nie wyrównuje faktury skory, nawet nie matowi. Producent twierdzi, że podkład posiada pigmenty odbijające światło, które optycznie mają poprawić wygląd cery. Bujda na resorach. Buzia wygląda na zmęczoną, lekko przetłuszczoną i przyduszoną. Bubel.

3. L'oreal Super Liner Duo

Myślałam, że znalazłam następce dla kochanego linera Eveline Celebrites, jednak się pomyliłam. Liner jest średnio precyzyjny, a uzyskana linia jest gruba. Pigmentacja też nie powala, pod koniec dnia potrafi się pokruszyć i wpaść do oczu. Używam go pomocniczo, by złamać mat jaki daje tusz do kresek Eveline. Jednym słowem chłam jakich mało. W dodatku za duże pieniądze, bo cena dobija 40 PLN.

4. Bourjois Volume Glamour Max Definition Mascara

Jeden z nielicznych tuszy Bourjois, którego szczerze nie lubię. Gęsty, niemal smolisty, obciąża i prostuje rzęsy. Wielka szczota jest nieprecyzyjna i kiepsko rozczesuje włoski. Efektem są brzydkie, oklapnięte badyle nad okiem. Nie polecam.

5. Yves Rocher, Couleurs Nature, Blush Naturel

Nie rozumiem fenomenu tego różu. Mój egzemplarz (odcień 10 Teint Clair Rose) jest kiepsko napigmentowany oraz mało trwały. By coś było widać na skórze, trzeba solidnie namachać się pędzlem. Po godzinie efektów naszej pracy jednak w ogóle nie widać, bo róż znika ze skóry.

Doprawdy, dawno nie miałam tak kiepskiego miesiąca, jeśli chodzi o dobór kolorówki:P Mam nadzieję, że grudzień będzie lepszy:P

sobota, 30 listopada 2013

Niekosmetycznie - TETRALYSAL

Ci co śledzą mój blog, doskonale wiedzą że całą ubiegłą zimę oraz wiosnę walczyłam z (rzekomo) łojotokowym  a później okołoustnym i okołoocznym zapaleniem skóry (klik!). Stan zapalny był bardzo zaawansowany, a winą obarczam za to pierwszego dermatologa, który według mnie źle rozpoznał schorzenie. Mowa o łojotokowym zapaleniu skóry, którego jak sądzę, nigdy nie miałam.  No cóż... Zauważyłam, że wśród dermatologów panuje "moda" na nazywanie wszelakich syfów rogowaceniem okołomieszkowym skóry albo właśnie łojotokowym zapaleniem skóry. Pfffeee!
Tak czy siak, w końcu trafiłam do dobrego dermatologa, który zlecił mi odpowiednie leczenie. Przez parę dni smarowałam skórę maściami ze sterydami, antybiotykami, brałam leki antyhistaminowe (kuracja 3-tygodniowa) oraz wspomiany Tetralysal. Kuracja tetracykliną miała trwać 3 miesiące, ja jednak ją skróciłam. Przyczyny były dwie - po pierwsze, syfy mi zginęły, po drugie źle się czułam biorąc antybiotyk, a enzymy wątrobowe ASPAT i ALAT poszybowały w górę...

Tetralysal 300 mg, Lymecyclinum



Przyznam, że początkowo bałam się sięgnąć po Tetralysal. W internecie natrafiłam na wiele wpisów odnośnie masakrycznych skutków ubocznych; ktoś tam rzygał dalej niż widział, był osłabiony, miał zawroty głowy, ktoś tam wręcz mdlał, inne osoby miały gigantyczne wysypy ropnych krost...Jednym słowem - chemioterapia to przy tetracyklinie pikuś:P Szybko się jednak ogarnęłam, bo wiem, że ludzie uwielbiają  pisać o wadach produktów i swoich nieszczęściach, a z zachwalaniem czegoś jest już gorzej. No bo, po co pisać o czymś, co jest dobre? Żadna atrakcja, prawda?

;-)


Jak się  okazało,  Tetralysal znosiłam w miarę dobrze. Jedyne co mi dokuczało, to mdłości i bóle głowy;-/ Innych mrożących krew w żyłach objawów niepożądanych nie miałam.

Przejdę jednak do najważniejszej sprawy, a mianowicie efektów leczenia.
Przez 2-3 tygodnie były one rozczarowujące, delikatnie mówiąc. Syfy, rumień, świąd były ciągle obecne i ani myślały zniknąć. Dopiero w połowie trzeciego opakowania antybiotyku nastąpił przełom, najpierw zauważyłam że zaczerwienienie jest mniejsze, później niemal z dnia na dzień pryszcze zginęły.
Tutaj muszę wspomnieć, że tetracyklina mocno wysuszyła mi skórę - moja mieszana cera przesunęła się w stronę suchej i stan ten utrzymywał się ładnych parę miesięcy. Fajne natomiast było to, że skóra była bez skazy, naprawdę - na całym ciele nie uświadczyłam ani jednej, nawet najmniejszej krostki!  Podrażnienie po depilacji też goiło się jak na psie, a o wrastających włoskach mogłam zapomnieć.

Obecnie nie jest już tak różowo, skóra z grubsza wróciła do stanu sprzed choroby, aczkolwiek zauważyłam, że stała się dużo wrażliwsza na czynniki zewnętrzne. Źle dobrany żel pod prysznic, szampon, balsam czy krem, od razu wywołują objawy alergii, gwałtowna zmiana temperatury czy stres - rumień na twarzy itp. Skóra w miejscu zmian, czyli wokół ust, nosa i oczu też jest cieńsza, wrażliwsza, prześwitują przez nią naczynia krwionośne, ale uważam, że to kwestia miejscowego stosowania sterydów i skutek samej choroby, niż wina tetracykliny.

Z perspektywy czasu uważam wzięcie antybiotyku za najlepszą decyzję. Cieszę się, że nie zniechęciły mnie opinie internautów, tylko zaufałam zdrowemu rozsądkowi. No i pani dermatolog. Parchy jak dotąd nie wróciły i mam nadzieję, że taki stan się utrzyma.

Na zakończenie notka dla dziewczyn stosujących doustną antykoncepcję hormonalną: limecyklina nie obniża działania tabletek antykoncepcyjnych. Informacja na ten temat dostępna jest już w niektórych ulotkach preparatu dostępnych za granicą. Żadne badania nie udowodniły wpływu limecykliny na działanie AH. Sama stosuję antykoncepcję hormonalną i brałam Tetralysal, dzidziusia nie posiadam:P

niedziela, 24 listopada 2013

Nowości - zapowiedź ;-)

Listopad upływa mi pod znakiem testowania nowych produktów. Wiadomo, promocje kuszą głupiego konsumenta:P Oprócz miliarda durnych i zupełnie zbędnych pierdół, kosmetyczkę zasiliło mi też kilka podkładów i koreański bb krem:



Jak widzicie na powyższych zdjęciach, ostatecznie nabyłam podkład Isa Dory Wake Up Make-Up. Początkowo wydawał mi się tłusty i ciężki, jednak gdy dokładniej go obadałam, nie mogłam go nie kupić. Naprawdę, bardzo, bardzo fajny podkład dla osób o normalnej i suchej cerze.
Kolejnym nabytkiem, jest podkład marki Nyx, HD Studio Photogenic Foundation. Z Nyxem się nie polubiłam; nie wiem czy to kwestia mojej skóry, techniki nakładania, czy w końcu samego podkładu, ale fluid sprawuje się co najmniej średnio. Zdecydowanie lepiej radził sobie MUFE HD Foundation, co w sumie smutnie mnie zaskoczyło, gdyż czytałam że Nyx jest tańszą i lepszą alternatywą dla tego podkładu.
Na koniec zostawiłam sobie zupełną nowość - bb krem marki Skin79 w wersji Green. Stworzony specjalnie dla bladzioszków, którzy niekoniecznie lubią błysk na twarzy. Obecnie nie wyrobiłam jeszcze zdania na temat kremu; jest kilka cech za które go lubię i kilka, które mi bardzo przeszkadzają. Poużywam go jeszcze trochę i wtedy dam szerszą relację.
Na koniec jeszcze swatche:



Zdecydowałam się, rzecz jasna, na najjaśniejsze odcienie w palecie. Zdjęcia trochę przekłamują kolory, niemniej Nyx i Skin79 to jasne, chłodne beże (przy czym Nyx jest ciemniejszy od Skin79). W pierwszej chwili w ogóle nie pasują mi tonacją, ale po jakimś czasie dopasowują się do koloru cery i nie odcinają od szyi.
Isa Dora to ładny, zbilansowany beż. Jest zdecydowanie cieplejsza niż Nyx, czy Skin79, ładnie wtapia w skórę, w ciągu dnia tylko troszkę ciemnieje.

Tyle ze wstępnych wrażeń:-) Wkrótce wrócę z obszernymi relacjami na temat produktów. Póki co trochę pluję sobie w brodę, że kupiłam w ciemno pełnowymiarowe opakowania Nyxa, i Skin79, bo zadowoliłby mnie pewnie tylko próbki. Chyba, że wszystkie ich wady biorą się z tego, że w ostatnim czasie mam wysuszoną i odwodnioną skórę, która za żadne skarby nie chce wrócić do stanu równowagi:-(

poniedziałek, 11 listopada 2013

No to PUPA! Czyli słów parę o bublu ostatnich miesięcy

W ostatnim czasie  celem obmacania nowego podkładu marki Isadora (Wake up Make-Up) skierowałam swoje kroki ku Douglasowi. Rzeczony podkład nie przypadł mi do gustu - był jakby lepki i tłusty; przypominał mi bardziej emolientową  emulsję niż lekki podkład. Także fe! Wertując inne smarowidła nagębne, w oko wpadł mi podkład marki PUPA Ultra Smoothing Foundation. Ponieważ nie chciałam kupować go w ciemno, rozsądnie poprosiłam konsultantki o próbkę. I całe szczęście, bo podkład okazał się fatalny.

Według producenta:

"Pupa Ultra Smoothing Foundation to podkład o właściwościach wygładzających, minimalizujący pierwsze ślady starzenia się skóry w postaci drobnych linii i zmarszczek. 
Nadaje efekt natychmiastowego liftingu, nieskazitelnie gładkiej cery i perfekcyjnego, naturalnego wyglądu. Podkład o lekkiej kremowej konsystencji otula skórę promiennym , młodzieńczym blaskiem, bez niechcianego efektu maski. 
Polecany do skóry normalnej oraz suchej - zapewni jej optymalny poziom nawilżenia, doskonale przy tym chroniąc. Komfortowo się rozprowadza, stapiając jak druga skóra, nadając poziom krycia od średniego do pełnego. Zapewnia trwały efekt dzięki zawartości żywic silikonowych oraz lotnych olejków. 
Rezultat natychmiastowy: oznaki starzenia zminimalizowane - perfekcyjnie gładka, nieskazitelna cera". 



 PUPA Ultra Smoothing Foundation

 PUPA Ultra Smoothing Foundation

Według quench:

Ciężkie, gęste i mało kryjące mazidło. Kiepsko rozprowadza się na twarzy, okropnie się smuży, włazi w zmarszczki i rozszerzone pory. Podkreśla meszek na twarzy tak mocno, że człowiek zaczyna wątpić w ewolucję. Perfekcyjnie wynajduje małe grudki, strupki i suche skórki eksponując je do granic możliwości. Brawo. Trochę lepiej radzi sobie na nakremowanej twarzy. Z naciskiem na "trochę".
Początkowo gęstawy i lepki, po pewnym czasie zaczyna tężeć na twarzy przypominając plastelinę. Niemniej przypudrowanie i tak jest konieczne, bo w przeciwnym razie buzia świeci się jak kula dyskotekowa.





Najbardziej zdumiewający aspekt to oksydacja. Zapewne w ramach poprawiania niezdrowego kolorytu cery, podkład utlenia się na skórze o dobre 1,5-2 tony. Czyli mamy szybki i skuteczny sposób na to by wyglądać jak indiański wojownik z plemienia Siuksów. Mój odcień 06 Ivory, najjaśniejszy w palecie, już po kilkunastu minutach od nałożenia na skórę, postanowił roztoczyć sobie  pomarańczową aurę grozy :P





Trwałość podkładu jest bardzo dobra. Utrwalony pudrem bambusowym straszy ludzi przez 8-10 godzin.

Cóż, produkt PUPA jest do... pupy. Polecam tylko posiadaczkom śniadej i suchej, ale wciąż gładkiej cery.

piątek, 8 listopada 2013

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Dzisiaj o podkładzie, który absolutnie skradł mi serce i którego z ogromną namiętnością używam, przymykając oko na to, że jest ewidentnie za ciemny.
Mowa o Pure Light marki Yves Rocher. Przyznam, że podchodziłam do tego produktu sceptycznie; kosmetyki Yves Rocher uważam za bardzo "nierówne", niektóre z nich są dobre, inne wprost paskudne. Nie wiem nawet, co pchnęło mnie ku temu, by kolejny raz zaryzykować i zainwestować w ich kolorówkę. Niemniej podkład kupiłam, użyłam raz i drugi i... przepadłam.

Od producenta

Podkład przeznaczony dla każdego typu cery. Ujednolica cerę oraz dotlenia skórę, rozświetlając ją. Zawiera wyciąg z ryżu, który jest bogaty w inositol roślinny. Cząsteczki te stymulują ogólny metabolizm komórkowy, dzięki czemu skóra odzyskuje blask. Inne składniki aktywne, które zawiera podkład to woda z bławatka, wyciąg z soi, witamina E. 




Opakowanie

Smukła butelka z pompką. Opakowanie jest plastikowe, więc nawet rzucając podkładem o ścianę, nie zrobimy mu większej krzywdy. Podkład nie waży też tony; można spokojnie nosić go w torebce. Pompka pracuje bez zarzutu, nic się nie zacina, nie zasysa bezsensownie powietrza, tudzież nie pluje podkładem na prawo i lewo.

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający



Konsystencja

Rzadka. Niemal wodnista, co ogromnie mnie cieszy. Uwielbiam, uwielbiam takie podkłady! Podkład nie jest tępy i toporny, nie jest też przesadnie maślany. Idealnie sunie po skórze, pokrywając skórę równiutką warstewką.

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający


Zachowanie, wygląd na skórze, trwałość

Tak, jak pisałam, podkład perfekcyjnie rozprowadza się na skórze. Nie tworzy plam, nie włazi w rozszerzone pory ani zmarszczki. Lubi podkreślać suche skórki, więc trzeba zadbać o nawilżanie cery. Podkład jest średnio kryjący i trzeba to przyjąć do wiadomości. Dokładanie kolejnych warstw będzie skutkowało plackowaniem, warzeniem, świeceniem, czyli krótko mówiąc: niczym dobrym. Umiar przede wszystkim:)
Podkład idealnie wyrównuje fakturę skóry, sprawiając że jest gładka i świeża. Drobne niedoskonałości są przykryte, a raczej bardziej "rozmazane", całość zaś wygląda niezwykle naturalnie. To, co ujęło mnie w tym podkładzie to wykończenie - skóra potraktowana podkładem przypomina atłas. Jest jedwabista, mięciutka, promienieje zdrowym blaskiem. Nie wygląda "płasko"; podkład jest praktycznie niewidoczny i wspaniale imituje zadbaną cerę.
Trwałość makijażu jest bardzo dobra. Na mojej mieszanej (aczkolwiek w ostatnim czasie nieco odwodnionej) skórze, podkład wytrzymuje około 8 godzin. Po tym czasie równomiernie się ściera. 
Warto też wspomnieć, że w ciągu dnia, podkład lubi sobie oksydować. I to dość mocno. U mnie jest to przynajmniej jeden ton.

Kolorystyka

Uboga. Podkład dostępny jest w 6 odcieniach, z czego dwa utrzymane są w tonacji chłodnej (różowe), cztery zaś są ciepłe (beżowe). Kolorystyka jest dziwna; beże są podejrzanie pomarańczowe, róże natomiast stosunkowo ciemne. Posiadam odcień 100 z tonacji ciepłej . Kolor nie jest specjalnie jasny, w dodatku utlenia się w kierunku pomarańczy, co jest najzwyczajniej w świecie widoczne:P

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający


Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Yves Rocher Pure Light - podkład rozświetlający

Po lewej Ives Rocher 100 beige, z prawej: Revlon Colorstay 150 Buff

Po lewej  Ives Rocher 100 beige, z prawej: Revlon Colorstay 150 Buff


Skład

Aqua,Dimethicone, Isododecane, Propylheptyl Caprylate, Glycerin, Centaurea Cyanus Flower Water, Methylpropanediol, Alluminium Starch Octenylsuccinate, Pentylene Glycol, PEG/PPG -18/18 Dimethicone, Trisiloxane, Sorbitan Isostearate, Magnesium Sulfate, Silica, Lecithin, Tisteardimonium Hectorite, Parfum, Phenoxyethanol, Tocopherol, Inositol Ethylhexylglycerin, Propylene Carbonate, Dimethicone Crosspolymer, Xanthan Gum, Tetrasodium Edta, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Aphloiatheirforms Leaf Extract, Hydrogenated Lecithin, +/- (May contain) Cl77491/Cl77492/Cl77499 (Iron Oxides), Cl 77891 (Titanium Dioxide)


Cena

56 zł. Warto polować na promocje, bo wtedy podkład można kupić za znacznie niższą cenę.

Podsumowanie

Bardzo fajny podkład do niewymagającej cery. Robi to, co powinien robić podkład - lekko koryguje mankamenty, wydobywając przy tym naturalne piękno skóry. Polecam wszystkim, którzy szukają delikatnego fluidu na co dzień.