piątek, 21 grudnia 2012

Eau de śledź, czyli o Womanity słów parę...

Dzisiaj będzie o największym perfumeryjnym śmierdzielu, jaki mi dane było wąchać, a nawet bite dwa dni nosić na skórze. Szlachetne miano Śmierdziucha Ćwierćwiecza wędruje do (tadadam!) Womanity EDP. Twórcą tegoż jakże ohydnego zapaszku, jest Thierry Mugler. W sumie, któż by inny wytworzył coś takiego...?

Ok, przedstawię Wam nuty zapachowe tego tworu:

Nuta głowy: cytrusy, nuty zielone;
Nuta serca: figa, kawior;
Nuta bazowa: kremowe drewno figowca.

Thierry Mugler, Womanity EDP


W założeniu Womanity miało być harmonijnym połączeniem dwóch rodzin zapachów: słodkich oraz słonych. Swoista mieszanka pozornie wykluczających się woni, miała dać nam "dzieło totalne"oraz zapoczątkować nowy rozdział w historii przemysłu perfumeryjnego.

No cóż, tyle z szumnych zapowiedzi. Osobiście odbieram Womanity zupełnie inaczej. Gdybym miała podsumować ten zapach jednym słowem, byłby to "śledź". Gdyby były to dwa słowa, to zdecydowałabym się na: "stary śledź". Poważnie. Dla mnie Womanity to ryba. Zepsuta ryba, wylegująca się miesiąc w lodówce, w towarzystwie kiszonych ogórków, odrobiny koperku i spleśniałych fig. Doborowe towarzystwo:P Całość okraszono czymś cytrusowym, słodkim i nieco mdłym.
Zapach rozwija się, ujawniając kolejne nieznośne oblicza rybich akordów; raz czuję śledzia, raz makrelę a raz szprota... Wraz z upływem czasu słodkie i cytrusowe akordy tracą na intensywności, a zyskują na (określenie mojej koleżanki, której dane było napawać się ową wonią)"rzygogenności". Naprawdę, mistrzowska wielowymiarowość.

Trwałość tego cudaka jest powalająca. Usiłując pozbyć się rybiego smrodku, szorowałam nadgarstki i zgięcia łokci wodą z mydłem i przyznam, że niewiele to dało. Przez cały dzień (ku mojej zgrozie, zgrozie kolegów z pracy oraz zgrozie pacjentów) Womanity był ze mną.

Jedyne co mi się podoba w tych perfumach, to flakon. Ciężki, szklany, bogato zdobiony (w stylu art deco) i bardzo charakterystyczny... Ale jak wiadomo - liczy się wnętrze, a to w przypadku Womanity mnie nie zachwyca. Ba, nawet odrzuca.

Podsumowując, Mugler stworzył coś, czego nie udało się stworzyć nikomu przed nim - zapach, który wywołuje u mnie mdłości, który omijam szerokim łukiem i który zdumiewa mnie tym, że może się komuś podobać. Osobiście polecam truciciela jako prezent dla swoich zagorzałych antyfanów: dla teściowej czy nielubianej koleżanki :)

3 komentarze:

  1. Dla mnie Womanity pachnie obiadem. Ziemniakami, mizerią, kotletem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niedługo wyprodukują coś, co będzie pachniało wątróbkami, kiszoną kapustą i nazwą to "Elegancja":P

    OdpowiedzUsuń
  3. elegancja to chyba jakiś gulasz z żołądków :P
    ja tam uważam, że tylko Alien jest ok, reszta heh...

    OdpowiedzUsuń