poniedziałek, 24 grudnia 2012

...

Kochani, życzę Wam wszystkim, niezależnie od tego, jak spędzicie najbliższe dni, dużo zdrowia, szczęścia, wszelakiej pomyślności oraz spokoju ducha:*


Szczególnie ciepłe życzenia składam tym, dla których obecny rok nie był zbyt łaskawy... Wszystkiego najlepszego... i będzie lepiej! :*

sobota, 22 grudnia 2012

Delia BioKrem Kozie Mleko - krem na noc

Wybór kremu do twarzy, to dla mnie mordęga. Wszystko przez moją wymagającą i kapryśną skórę. Pół biedy, że jest mieszana - tłusty nos, broda i czoło, suche policzki, najgorsze jest to, że jest wrażliwa (jak bardzo możecie zobaczyć tutaj <klik!>) i wykazuje wysoką skłonność do zapychania. Najbardziej służą mi kremy apteczne, ale jak wiadomo, nie są one tanie.
Ostatnio, buszując w drogerii Jasmin, która jest dla mnie kopalnią niedrogich, polskich kosmetyków, natrafiłam na serię kremów Delia BioKrem. Przyjrzawszy się składom (z tego co pamiętam brak silikonów i alkoholu) postanowiłam zaopatrzyć się w krem na noc z linii Kozie Mleko.



Obietnice producenta:



Krem do twarzy na noc


Działanie: Głębokie nawilżenie i odżywienie podczas snu.
Bogactwo naturalnych składników: Kompleks Lactil – nawilżające składniki koziego mleka o właściowościach hydroregulujących; Olej migdałowy– źródło naturalnych substancji odżywczych: sole mineralne, witaminy A, E, D, witaminy z grupy B, wpływających na kondycję skóry i jej młody wygląd; Kompleks hydromanil – naturalne cząsteczki nawilżające, uzyskane z peruwiańskiej rośliny okolic Andów - Tora; Ceramidy – chronią skórę przed nadmierną utratą wody i szkodliwymi czynnikami atmosferycznymi, ujędrniają ją i wygładzają zmarszczki.

Efekt: Głęboko nawilżona, zregenerowana skóra pełna blasku. Poj. 30 ml

Delia BioKrem Kozie mleko
 


Brzmi całkiem nieźle, prawda? Szkoda tylko, że obietnice producenta nijak mają się do rzeczywistości.

Ale zacznę od rzeczy bardziej udanych. Czyli opakowania.


Opakowanie
jest białe, z wygodnym dozownikiem, który oprócz precyzji aplikacji, zapewnia nam właściwą higienę. Pojemniczek mieści 30 ml kremu, dla mnie to optymalna ilość kosmetyku - przynajmniej mam pewność, że go zużyję go zanim straci świeżość.

Delia BioKrem Kozie mleko

Konsystencja
jest lekka, delikatna, kremowa. Trochę mnie to zaskoczyło, bo po kremie na noc spodziewałam się czegoś bardziej treściwego. Tymczasem Kozie Mleko jest aksamitne, nawet nieco puszyste. Podoba mi się!:)

Delia BioKrem Kozie mleko
 

Działanie
kremu mnie rozczarowało. Krem oprócz wygładzenia skóry, nie robi nic. Ani nie nawilża, ani nie natłuszcza, nie ujędrnia i nie koryguje (choćby optycznie) najpłytszych zmarszczek. Być może nada się do cery tłustej; moja mieszana cera z całą pewnością czuje się niedopieszczona. Kosmetyk wchłania się dosyć szybko, nie pozostawiając po sobie lepkiej, czy tłustej warstwy. To duży plus, bo nie lubię straszyć swojego TŻ tłustą, świecącą twarzą.


Krem mnie nie uczulił, ale lekko zapchał ledwie po 3-4 użyciach. Gdybym używała go jeszcze dłużej, zakończyłoby się to całym stadem dorodnych kulfonów. Osoby podatne na zapychanie - uwaga na Delię!


Zapach jest bardzo ładny, delikatny, nieco mleczny. Na skórze utrzymuje się długo, co mnie bardzo zaskoczyło.


Podsumowując, krem Kozie Mleko niczym mnie nie zachwycił. Ot, taki zwyklaczek. Polecam do skóry już nawilżonej, która nie potrzebuje szczególnie intensywnej pielęgnacji.

piątek, 21 grudnia 2012

Niekosmetycznie - skutki szaleństw na śniegu

Wystarczyły dwa dni buszowania w zaspach, bym złapała solidne przeziębienie. Z nosa mi się leje, zatoki mam przytkane, płuca świszczą, a głowa ciąży mi tak, że mam wrażenie, iż zaraz odpadnie. I potoczy się w kąt pokoju (notabene wymagającego odkurzenia)...
Leczę się "babcinymi sposobami", czyli gorącą herbatką z miodem i syropem cebulowo-czosnkowym. Chociaż podobno równie skuteczna byłaby "setka" + pieprz :D




 Najśmieszniejsze jest to, że to trzeci rok z rzędu, w którym rozłożyłam się dokładnie 21 grudnia. Szczęście, że pod względem ciężkości schorzenia tendencja jest wyraźnie spadkowa. Zaczęłam bowiem od wstrząsu anafilaktycznego, co fajne nie było... Mam nadzieję, że przyszły rok będzie dla mnie łaskawszy i dotrwam w dobrym zdrowiu do wigilii:P

Eau de śledź, czyli o Womanity słów parę...

Dzisiaj będzie o największym perfumeryjnym śmierdzielu, jaki mi dane było wąchać, a nawet bite dwa dni nosić na skórze. Szlachetne miano Śmierdziucha Ćwierćwiecza wędruje do (tadadam!) Womanity EDP. Twórcą tegoż jakże ohydnego zapaszku, jest Thierry Mugler. W sumie, któż by inny wytworzył coś takiego...?

Ok, przedstawię Wam nuty zapachowe tego tworu:

Nuta głowy: cytrusy, nuty zielone;
Nuta serca: figa, kawior;
Nuta bazowa: kremowe drewno figowca.

Thierry Mugler, Womanity EDP


W założeniu Womanity miało być harmonijnym połączeniem dwóch rodzin zapachów: słodkich oraz słonych. Swoista mieszanka pozornie wykluczających się woni, miała dać nam "dzieło totalne"oraz zapoczątkować nowy rozdział w historii przemysłu perfumeryjnego.

No cóż, tyle z szumnych zapowiedzi. Osobiście odbieram Womanity zupełnie inaczej. Gdybym miała podsumować ten zapach jednym słowem, byłby to "śledź". Gdyby były to dwa słowa, to zdecydowałabym się na: "stary śledź". Poważnie. Dla mnie Womanity to ryba. Zepsuta ryba, wylegująca się miesiąc w lodówce, w towarzystwie kiszonych ogórków, odrobiny koperku i spleśniałych fig. Doborowe towarzystwo:P Całość okraszono czymś cytrusowym, słodkim i nieco mdłym.
Zapach rozwija się, ujawniając kolejne nieznośne oblicza rybich akordów; raz czuję śledzia, raz makrelę a raz szprota... Wraz z upływem czasu słodkie i cytrusowe akordy tracą na intensywności, a zyskują na (określenie mojej koleżanki, której dane było napawać się ową wonią)"rzygogenności". Naprawdę, mistrzowska wielowymiarowość.

Trwałość tego cudaka jest powalająca. Usiłując pozbyć się rybiego smrodku, szorowałam nadgarstki i zgięcia łokci wodą z mydłem i przyznam, że niewiele to dało. Przez cały dzień (ku mojej zgrozie, zgrozie kolegów z pracy oraz zgrozie pacjentów) Womanity był ze mną.

Jedyne co mi się podoba w tych perfumach, to flakon. Ciężki, szklany, bogato zdobiony (w stylu art deco) i bardzo charakterystyczny... Ale jak wiadomo - liczy się wnętrze, a to w przypadku Womanity mnie nie zachwyca. Ba, nawet odrzuca.

Podsumowując, Mugler stworzył coś, czego nie udało się stworzyć nikomu przed nim - zapach, który wywołuje u mnie mdłości, który omijam szerokim łukiem i który zdumiewa mnie tym, że może się komuś podobać. Osobiście polecam truciciela jako prezent dla swoich zagorzałych antyfanów: dla teściowej czy nielubianej koleżanki :)

czwartek, 20 grudnia 2012

Niekosmetycznie - parę słów o zmianie szablonu bloga

Jak widzicie od paru dni mój blog wygląda nieco inaczej. Wszystko to jest zasługą nowego, niestandardowego szablonu bloga, jaki sobie wgrałam. Zabieg banalny, a pozwalający naszemu blogowi na nowo odżyć i cieszyć oko (albo wręcz na odwrót, doprowadzający nas do szału, kiedy coś pójdzie nie tak). Cóż, jakby nie było, to zawsze jakiś powiew świeżości:)

Wgranie nowego szablonu jest sprawą banalną, aczkolwiek nie wszystkim znaną, dlatego wrzucę tu małą instrukcję, jak tego dokonać.

Czego potrzebujemy:

1. Chwili czasu. Nie 5 minut, ale przynajmniej pół godziny, by po zastosowaniu nowego szablonu, dokonać korekt.

2. Szablonu, jaki chcemy wgrać. Osobiście do ściągnięcia szablonów polecam tę stronkę <klik!> Przy wyborze szablonu trzeba pamiętać o kilku szczegółach - po pierwsze, by szablon bloga uwzględniał naszą platformę. Mówiąc inaczej, jeśli mamy blog założony na bloggerze to nie wgrywamy szablonów przeznaczonych dla Wordpress-a. To raz. Dwa - pamiętajmy o takich szczegółach, jak obsługa polskich znaków. Większość czcionek użytych w proponowanych szablonach nie posiada polskich znaków, a co za tym idzie, jeśli takowych używamy, czcionkę trzeba będzie później zmienić. Trzy - jeśli nie znamy się na edycji kodu html nie wybierajmy skomplikowanych schematów, bo nie poradzimy sobie z jego edycją. Na początek postawmy na prostotę i funkcjonalność.
Ściągnięte szablony najczęściej są skompresowane (zip, rar) i trzeba je rozpakować.

3. Odrobiny cierpliwości na wypadek gdyby nam nie szło:)

Ok. Przejdźmy teraz do konkretów. Musimy dostać się do szablonu naszego bloga. Najwygodniej zrobić to z poziomu bloggera:



Kiedy już przejdziemy do strony 'szablon', w górnym prawym rogu ekranu odnajdujemy przycisk 'Utwórz/przywróć kopię zapasową'. Klikamy przycisk...



i czekamy na pojawienie się nowego okna.


Tutaj się zatrzymamy. Przed edytowaniem szablonu polecam utworzenie jego kopii zapasowej. Kiedy to zrobimy, nawet w przypadku rozkraczenia się naszego bloga po zmianach, jakie mu zafundujemy, najzwyklej w świecie przywrócimy stare ustawienia.
Aby utworzyć kopię zapasową klikamy pomarańczowy przycisk 'pobierz pełny szablon'. Później zostanie nam tylko wybór miejsca zapisu szablonu na dysku twardym (czy pamięci przenośnej - jak kto woli) i tyle w temacie.



Kiedy już mamy kopię zapasową, możemy przystąpić do wgrywania wcześniej upatrzonego szablonu bloga. W tym celu klikamy przycisk 'przeglądaj' umieszczony pod informacją 'prześlij szablon z pliku na dysku twardym':



Otworzy się nam kolejne okno, pozwalające nam na wybór ścieżki do naszego nowego szablonu:





Po wskazaniu właściwego szablonu, klikamy 'otwórz' a następnie zatwierdzamy wybór użytego schematu przyciskiem "przekaż":



Tutaj blogger może nieco zamulić się, bo w granie nowego schematu chwilę trwa.


I to już w zasadzie wszystko. Schemat został zastosowany. Wszelakie korekty możemy wprowadzać za pomocą edycji kodu html, albo za pomocą projektanta szablonów bloggera (tutaj możliwości są dosyć ograniczone - zwykle są to kolory tła, rodzaje i kolory czcionek). Można edytować też układ, ale najczęściej poprzez dodawanie/usuwanie poszczególnych elementów, a nie stricte przez zmianę rozmieszczenia kolumn, czy ich szerokość itp.

Gdyby coś poszło nie tak, albo nowy wygląd bloga nie przypadł nam do gustu, możemy wrócić do starych ustawień poprzez wgranie kopii zapasowej. Czynimy to dokładnie tak samo, jak uprzednie wgrywanie nowego szablonu.

I to byłoby na tyle. Mam nadzieję, że instrukcja nie jest jakoś szczególnie zamotana i okaże się pomocna:)

środa, 19 grudnia 2012

Bourjois, Liner Clubbing Eyeliner

Od jakiegoś czasu lubuję się w kreskach na powiekach. Ach, nic tak pięknie i elegancko nie wygląda, jak precyzyjna kreseczka na powiece i wyraziste usta:)
Początkowo do wykonywania kresek używałam eyelinera w żelu (Bobbi Brown oraz Catrice), jednak po jakimś czasie przerzuciłam się na tradycyjne linery w kałamarzu. Przez moje ręce przewinęły się taniutkie tusze do kresek Eveline (moje ulubione) czy Wibo, jak i te droższe - Estee Lauder, YSL... Po przygodach z tymi ostatnimi, doszłam  do wniosku, że nie warto przepłacać i dobry eyeliner można kupić za mniej niż 40 zł. Kierując się tą myślą, natrafiłam w Rossmanie na promocję Liner Clubbing Eyeliner (czy tylko ja mam wrażenie, że nazwa jest trochę dziwna?) marki Bourjois. Linera nie znałam, ale nic nie stało na przeszkodzie, bym mu się nie przyjrzała z bliska. I tak oto znalazł się w moim zakupowym koszyczku.

Trochę informacji od producenta:

"Wodoodporny, bardzo trwały eyeliner w płynie z wygodnym aplikatorem. Dostępny w sześciu kolorach. Niesamowicie podkreśla oko. Polecany na wieczór".

Bourjois, Liner Clubbing



Opakowanie

Zwykłe, proste, małe i bez udziwnień. Zmieści się w każdej kosmetyczce. To lubię!

Bourjois, Liner Clubbing



Bourjois, Liner Clubbing




Pędzelek

Niby fajny, bo cienki, w miarę sztywny i nie rozcapierza się. Ale ma jak dla mnie za długą rączkę, przez co niewygodnie się nim manewruje. To raz. Dwa - że długi patyczek z  zainstalowanym na nim pędzelkiem nabiera sporo tuszu, który później spływa (na pędzelek i powiekę oczywiście). Słowem, całość mi się nie podoba. Nauka posługiwania się nim zajęła mi ponad miesiąc czasu, a i tak wciąż zdarza mi się namalować paskudnie krzywe, albo "poszarpane" kreski.

Bourjois, Liner Clubbing


Konsystencja/kolor

Bardzo rzadka, kolor (posiadam nieśmiertelną czerń) jest intensywny, nie tworzy prześwitów. Uzyskana kreska jest wyrazista, ale nie błyszcząca (nie ma "mokrego" wykończenia). Po namalowaniu kreski musimy chwilkę odczekać, by liner dobrze zasechł. Dotyczy to w szczególności sytuacji, kiedy tworzymy grubsze kreseczki lub nakładamy na siebie kilka warstw linera.

Bourjois, Liner Clubbing

Bourjois, Liner Clubbing


Trwałość

Na tym polu liner poległ zupełnie. Po 6-7 godzinach paskuda kruszy się niemiłosiernie, a jego zwłoki w postaci drobniutkich, złuszczonych płatków migrują po całej buzi:(  Wodoodporność? Pic na wodę, liner smętnie spływa z strugach deszczu czy śniegu.

Żywotność

Tutaj akurat produkt zapunktował. Ponieważ nad kreskami pracuję dość długo i mozolnie (zawsze twierdziłam, że nie mam zdolności manualnych), przez czas wykonywania makijażu kałamarz linera jest otwarty i dostaje się do niego powietrze. Skutkuje to tym, że większość moich eyelinerów po miesiącu nadaje się tylko do wyrzucenia (najzwyczajniej w świecie zasychają). Bourjois jako jeden z nielicznych wytrzymał u mnie ponad dwa miesiące, bez dużego uszczerbku na konsystencji.

Uczulanie, wysuszenie powieki

Liner mnie nie uczulił ani nie wysuszył mi powiek. Szczerze mówiąc podchodziłam do niego trochę nieufnie, bo czytałam na forach, że lubi podrażniać wrażliwców. Na szczęście u mnie nic złego się nie stało.

Podsumowanie

Bardzo przeciętny eyeliner. Jedyne co mi w nim odpowiada, to fakt, ze nie zasycha w opakowaniu i ma pięknie intensywny kolor. Mizerna trwałość i beznadziejny pędzelek dyskwalifikują go jednak zupełnie i wiem, że już więcej go nie kupię. Osobiście nie polecam tego produktu.

wtorek, 18 grudnia 2012

Niekosmetycznie - zima, zima, zima...

Tak jak w tytule. Kolejny post, w którym będę zrzędziła. W Polsce północno-wschodniej mamy zimę. I to taką, przy której 10 cm śniegu w Warszawie, nad którym lamentowano przez pół dnia w TV, wygląda co najmniej blado. W formie wyjaśnienia dodam, że z dziką radością opuściłam stolicę i przyjechałam do rodziców na urlopo-święta. No i? Przywitała mnie śnieżyca i z 35 cm warstwa "puchu". O ile to zimne coś lecące z nieba, można nazwać puchem... Dodajmy do tego wiatr i formujące się zaspy białego paskudztwa... Miodzio:P
Dzisiejszy ranek spędziłam na odśnieżaniu podwórka i podjazdu do garażu (chciałam być szlachetna i sprawić przyjemność domownikom) - 2 godziny machania łopatą, które okazały się zupełną stratą czasu, bo po paru godzinach znowu nawiało i napadało mi śniegu.
Próba pójścia na spacer też spełzła na niczym - dłuższe brnięcie przez śnieg sięgający kolan przekroczyło moje możliwości fizyczne. Wróciłam do domu maksymalnie przemarznięta i sfrustrowana.

Brrrr!
Śnieg, śnieg, dużo śniegu!

Tak więc mamy zimę w pełnej jej krasie:P Bleeeh!

Rimmel Match Perfection - podkład dopasowujący się do cery

Jak już pisałam, w moje cudowne ręce ( cóż za skromność...) wpadł w ostatnim czasie odświeżony podkład Rimmel'a Match Perfection. Nie będę udawać - za Rimmelem nie przepadam, a podkład kupiłam wyłącznie ze względu na jasny kolor. Tak, tak, w końcu kogoś oświeciło, że istnieją na tym świecie kobiety z bardzo jasną skórą, które niekoniecznie przepadają za efektem "brązowa twarz - biała szyja". Brawa dla producenta!
No dobra, podkład kupiłam i niemal natychmiast zabrałam się za testowanie. Po dwóch tygodniach testów mogę już co nieco o nim napisać.

Opakowanie

Szklana butelka z pompką i ściętym ukośnie korkiem. Całość całkiem zgrabna, chociaż oczywiście wszystko zależy od gustu. Pompka działa bez zarzutu, pozwala na dozowanie dowolnej ilości produktu. Dobrze, że jest też odkręcana, bo w razie awarii będzie istniała możliwość wydobycia podkładu.

Rimmel Match Perfection

Rimmel Match Perfection


Konsystencja

Przyjemnie rzadka i jedwabista. Podkład jest specyficznie "śliski", zapewne dzięki silikonom, co znacznie ułatwia aplikację i zwiększa komfort nakładania go na skórę.

Rimmel Match Perfection


Zachowanie, efekt na skórze, trwałość

Podkład bardzo dobrze się rozprowadza. Początkowo można mieć drobne trudności z dozowaniem odpowiedniej ilości kosmetyku; przez swoją jedwabistość podkład ślizga się na skórze, ale też szybko w nią "wsiąka", więc nie bardzo wiadomo, jakiej ilości trzeba użyć, by pokryć całą twarz . Osobiście radzę zacząć od malutkich ilości, by nie przesadzić i nie narobić sobie smug i plam.
Podkład nie podkreśla zmarszczek, porów, ani suchych placków na buzi. Mam wrażenie, że oprócz wygładzenia nawet lekko nawilża skórę. Krycie określiłabym mianem średniego; dokładanie kolejnych warstw oczywiście podbija siłę krycia, ale lepiej jest już użyć korektora, niż bez potrzeby szpachlować się warstwami podkładu.
Efektem użycia podkładu jest gładka, aksamitna skóra (wykończenie jest właśnie delikatnie świetliste, nie jest to mat) o zrównoważonym kolorycie. Jeśli miałabym porównać działanie podkładu do innego produktu, to byłby to ... bb krem!
Trwałość w dużej mierze zależy od kaprysów mojej skóry. Bywają dni, kiedy podkład trwa na swoim miejscu cały dzień, ale zdarza się, że spływa już po paru godzinach. Wiem jedno - im bardziej tłusta skóra, tym szybciej podkład znika. Nie polecam więc tego produktu posiadaczkom cery tłustej. Mieszance, normalni (ha!) i suchary mogą się spokojnie skusić.

Kolor

Jestem posiadaczką najjaśniejszego odcienia noszącego dumną nazwę 010 Light Porcelain. Pomysłodawca przynajmniej raz nie okazał się daltonistą, co skutkuje tym, że nazwa jest adekwatna do odcienia. 'Jasna porcelana' to faktycznie jasny, wręcz mleczny beż z domieszką różowych pigmentów. Podkład mnie nie świnkuje, ale w ciągu dnia lekko oksyduje w kierunku pomarańczy. Nie jest to jednak rażące w oczy.

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain oraz La Roche - Posay Toleriane Teint Correcteur de Teint Fluide10








Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain oraz La Roche - Posay Toleriane Teint Correcteur de Teint Fluide10

Podrażnienie, zapychanie

Podkład mnie nie zapchał ani nie uczulił. Duża ulga, bo moja skóra przeżywa ostatnio tak silny kryzys egzystencjalny, że nie obejdzie się bez wizyty u dermatologa.

Cena

Około 38 zł. Warto więc zapolować na promocję.

Podsumowanie

Bardzo przyjemny podkład. Ba, awansował nawet na mojego aktualnego faworyta. Wielbicielki lekkich podkładów dających satynowe wykończenie - warto się koło niego zakręcić:)

wtorek, 4 grudnia 2012

Obiecanki cacanki...

I jak tutaj nie pisać o jasnych podkładach, a o innych różnościach, jak pościć, kiedy na rynku pojawia się nowość...? Nie da się:)
Mój nowy nabytek <tadadam!>  czyli odświeżony Rimmel Match Perfection :




Tak, tak. To jest jasne. Jaśniejsze niż Bourjois HM 51. Powiem więcej - to jeden z jaśniejszych, jeśli nie najjaśniejszy z oferowanych na naszym rodzimym rynku* podkładów. Recenzja w drodze, bo trwają testy nagębne... Póki co zdradzę tylko jedno: cóż za dziwadło!

* mam na myśli popularne drogerie, takie jak Natura czy Rossman.