niedziela, 2 września 2012

L'Oreal True Match (US) z bliska

Jakiś czas temu pokazywałam Wam jeden z moich nowszych podkładowych nabytków - True Match L'Oreala przeznaczony na rynek amerykański. W stacjonarnych skepach go oczywiście nie uświadczymy, ale można na niego zapolować na allegro. I jeśli już się zdecydujemy, to radzę z tym długo nie zwlekać. Podkład całkiem dobrze się sprzedaje i jeśli nie ma wielu dostępnych egzemplarzy, zwykle do kupienia zostają już tylko odcienie ciemniejsze. Osobiście na odcień W1 natrafiłam po ponad półrocznym oczekiwaniu:P

Podkład gruntownie przetestowałam i nie sądzę, by mnie jeszcze czymś zaskoczył. Toteż przybywam do Was z recenzją.

Charakterystyczną cechą amerykańskiego TM jest jego buteleczka. Pozbawiona dozownika, z dość dużym otworem wylotowym. Brak pompki trochę mnie irytuje, bo jeśli nie oczyścimy otworu z nadmiaru podkładu, doczekamy się pięknie uświnionej 'szyjki' buteleczki.  Fotki poniżej:)

L'Oreal True Match (US)

Obklejony wlot butelki :P


Brak pompki ma jednak pewną zaletę - buteleczka jest mała, toteż spokojnie mieści się nawet w małej kosmetyczce. Przy niej okazałe flakony Diora czy Lancome wyglądają wręcz monstrualnie.

Sam podkład ma aksamitną, rzadką konsystencję. Posiada specyficzny poślizg, taki sam zresztą, jak w wersji europejskiej. Jedyną różnicą jaką widzę w konsystencji amerykańskiego True Matcha względem wersji europejskiej, jest minimalnie zwiększona gęstość, a przez to i nieco większe krycie. Są to jednak niuanse i szczerze mówiąc, wątpię, czy ktoś, komu podsuniemy nieoznakowane wersje, odgadnie, że to dwa odmienne kosmetyki.

Tak, jak wspomniałam, podkład doskonale się rozprowadza na skórze. Nie podkreśla suchych skórek, nie wchodzi w zmarszczki, bruzdy nosowo-wargowe, nie gromadzi przy skrzydełkach nosa, nie migruje do rozszerzonych porów. Krycie określiłabym jako lekkie w stronę średniego. Na pewno nie jest to podkład, który ukryje blizny potrądzikowe, czy silniejsze zaczerwienienia. Owszem, podkład ujednolici koloryt skóry, ale to wszytko w tym temacie.
Jeśli chodzi o sztandarową cechę True Matcha, czyli dopasowanie to struktury i kolory skóry, to jest to trochę naciągane. Owszem, przez swoją transparentność nie tworzy maski, ale jeśli wybierzemy kolor skrajnie za jasny albo za ciemny, to o wtopieniu się w skórę możemy zapomnieć.
Warto też wspomnieć, że True Match amerykański posiada drobinki rozświetlające. I nie są to dyskretne drobinki, jakie ma wersja europejska, a całkiem widoczne ziarna miki. Może nie blinkują tak mocno jak w przypadku Revlona Photoready, ale zdecydowanie da się je zauważyć.

Największą wadą True Matcha, jest jego haniebna (nie)trwałość. Tak, nawet zaimpregnowany pudrem bambusowym/ryżowym/jedwabnym/krzemionką, podkład spływa po 3-4 godzinach. A nawet nie spływa, on po prostu znika. Czasami jego żałosne resztki można znaleźć w zmarszczkach mimicznych, czy innych zagłębieniach twarzy. Cóż, teoretycznie producent nie obiecywał nam oszałamiającej trwałości, ale trwałość podkładu mogłaby być lepsza. Domyślam się, że szybkie znikanie ze skóry, to konsekwencja jedwabistej struktury; podkład nie utrwala się na skórze, nie gęstnieje ani nie zasycha, przez co łatwo łączy się z sebum, tudzież ściera przy najmniejszym dotknięciu.

Teraz skupię się na kwestii, która skłoniła mnie do kupna tego podkładu. Mianowicie - zrobię zoom na oferowane odcienie.
Amerykański True Match oferuje nam bardzo jasne (jak na podkłady drogeryjne) odcienie. Zdecydowałam się na najjaśniejszy, ciepły odcień, czyli W1 porcelain. Nie jest on tak żółty, jak recenzowany przeze mnie Nars Siberia, bowiem widzę w nim wyraźnie różowe podtony, ale w żadnym wypadku nie czyni ze mnie prosiaka. Określiłabym go mianem mlecznego beżu, ze zbilansowaną ilością pigmentów żółtych i różowych. Aż kusi mnie wypróbowanie odcienia N1 i  C1:)
Jeśli chodzi o jasność koloru, to myślę, że nawet osoby o bardzo jasnej cerze nie powinny mieć ogromnych powodów do narzekań. W1 porcelain jest na pewno jaśniejszy niż wszelakie drogeryjne podkłady dostępne w naszych sklepach. Jest nawet trochę jaśniejszy niż Nars Siberia, a przecież ten ostatni niektórzy określają mianem (skądinąd bardzo mnie denerwującym) "prawie białego".

L'Oreal True Match (US), W1 porcelain

L'Oreal True Match (US), W1 porcelain


Bonusik:) True Match W1 po lewej, po prawej (bliżej nadgarstka) Nars Sheer Glow Foundation, Siberia


Podsumowując, True Match byłby całkiem dobrym podkładem, gdyby nie jego trwałość. Nie żałuję jednak, że go kupiłam i póki co, stanowi dla mnie miłą odskocznię od sypkich podkładów mineralnych. Jako, że cena nie wywołuje palpitacji (około 30 zł na allegro) myślę że warto go wypróbować.

4 komentarze:

  1. Ten podkład byłby dla mnie idealny, gdyby nie kiepska trwałość. Nie mam w ciągu dnia czasu na poprawki. Nie oczekuję od zwykłego podkładu takiej trwałości, jaką charakteryzują się produkty sceniczne i charakteryzatorskie, ale 8-godzinna trwałość jest mile widziana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiem co gorsze - tak krótkotrwały podkład, czy podkład długotrwały, wżerający się w skórę:(

      Usuń
    2. Niestety, zazwyczaj nie ma niczego pośrodku. Tak samo jest z tuszami. Albo dają mocny, teatralny efekt albo nie robią z naszymi rzęsami po prostu nic.

      Usuń
  2. Bardzo bym go chciala w tym odcieniu !mam w kolorze N1 i kolor nie jest dla mnie idealny ,ale sam podklad tak!!!i jak dla mnie roznica jest kolosalna miedzy tym a europejskim .Europejski wysuszal mi skore, podkreslal suche skorki i schodzil baaardzo szybko a przy tym nic sie takiego nie dzieje na mojej skorze :))) poluje na odcien W1,ale na razie nie ma go na allegro :((((

    OdpowiedzUsuń