sobota, 29 września 2012

Przegląd pudrów prasowanych

Dzisiaj mam dla Was dwie mini recenzje pudrów prasowanych, jakich w ostatnim czasie używam. Jest to puder fińskiej marki Lumene - Matt Harmony oraz puder Bourjois - Healthy Balance.





Na początek pod lupę powędruje puder Lumene. Produkt dostałam jako gratis przy zakupie podkładu Lumene, co bardzo mnie ucieszyło.





Jak widzicie, puder zamknięty jest w schludnym, granatowym opakowaniu. Na zdjęciu jednak solidnie zmaltretowanym od przewalania się w torbie:) Szata graficzna może nie powala kreatywnością, ale mi - fance minimalizmu - bardzo się ona podoba. Opakowanie jest solidne, klapka zamyka się z "trzaskiem" (niektórzy mają na tym punkcie obsesję), w środku mamy niewielkie lustereczko. Gąbki z tego, co pamiętam, puder nie posiadał, a nawet jeśli, to spełniała ona jedynie funkcję ochronną, a nie służyła do wykonywania makijażu i żywot swój zakończyła w koszu na śmieci.





Puder ma bardzo miękką, aksamitną konsystencję. Muszę przyznać, że czasami mam przerażającą wręcz ochotę, zanurzyć w nim palce i pogmerać ( jakieś wypaczenie osobowości, wybaczcie). Pomimo swojej delikatności i miękkości puder nie jest jakoś szczególnie drobno zmielony, co skutkuje tym, że podkreśla suche skórki, osiada na włoskach i przy zbyt hojnym nakładaniu, zwarzy się albo będzie bardzo widoczny. Matowi na krótko - maksymalnie 2 - 3 godziny. Nie poprawia przy tym wybitnie trwałości makijażu.
Puder dostępny jest w 5 odcieniach. Ja mam kolor najjaśniejszy - 1 Translucent. Puder ładnie wtapia się w moją skórę, ale obawiam się, że nie jest to dobry produkt dla opalonych i śniadych cer. Będzie je po prostu bielił. Pryszczy i innych defektów naszej cery też nie przykryje.
Skład jest całkiem przyjazny, a przynajmniej brakuje w nim talku, co mnie bardzo cieszy. Szczerze mówiąc, to właśnie brak talku sprawia, że jeszcze nie rozstałam się z tym kosmetykiem, bo jakościowo mnie, niestety, zupełnie nie porywa.





Drugi puder, jaki w ostatnim czasie stosunkowo często ląduje na mojej facjacie, to Bourjois Healthy Balance.  Puder zakupiłam pod wpływem impulsu, ot, była promocja i kosmetyk dziwnym trafem znalazł się w moim koszyku.






Opakowanie jest malutkie i proste. Zwykła, intensywnie malinowa ( a raczej arbuzowa) puderniczka, z lusterkiem w środku. Puszka czy gąbeczki brak.
Puder ma jedwabistą strukturę, jest bardziej "śliski" w dotyku od pudru Lumene, a przy tym też bardziej zbity. Nie pyli się, ani nie kruszy. Rozprowadza się na skórze raczej bezproblemowo, nie tworząc plam ani zacieków. Nie podkreśla suchych skórek ani włosków, ale dziwnie ściąga cerę, czego szczerze nie lubię.
Wykończenie makijażu jest specyficzne - bardziej jedwabiste niż matowe. Krycie jest nieduże, ale moim zdaniem zupełnie satysfakcjonujące. Trwałość raczej zadowalająca, sięgająca 5-6 godzin.
Przyczepić się można do oferowanej kolorystyki. Odcień którego używam, 52 vanille jest najjaśniejszym z oferowanych, ale swoją jasnością zdecydowanie nie powala. Określiłabym go mianem, co najwyżej, jasnego beżu. Dla posiadaczek prawdziwie alabastrowej cery, będzie zdecydowanie za ciemny. W dodatku ma tendencję do oksydowania na skórze:P Póki co używam tego pudru, ale zimą, będzie mógł imitować bronzer.





Podsumowując, pudry prasowane, jakie zalegają w mojej kosmetyczce, zaliczyć mogę do tych średnio udanych. Używam ich do poprawek makijażu w ciągu dnia, ale absolutnie nie są dla mnie jakimś objawieniem kosmetycznym. Są, bo są, więcej na pewno ich nie kupię.

czwartek, 27 września 2012

The Balm Mary-Lou Manizer - wielofunkcyjny rozświetlacz

Dzisiaj śpieszę do Was z recenzją mojego najnowszego kosmetycznego nabytku - rozświetlacza marki The Balm - Mary-Lou Manizer.
Na rozświetlacz dybałam już od pewnego czasu, ale zawsze wypadały mi pilniejsze wydatki i ostatecznie zakup przekładałam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ostatnio Marionnaud przyszykował swoim klientom miłą niespodziankę - 30% rabatu na wszystkie marki na wyłączność, więc postanowiłam, że dłużej nie będę zwlekać i rozświetlacz w końcu kupię. Tak też się stało.

The Balm Mary-Lou Manizer

The Balm Mary-Lou Manizer

The Balm Mary-Lou Manizer


Jak widzicie na zdjęciach, rozświetlacz zamknięty jest w okrągłym, plastikowym opakowaniu, do złudzenia przypominającym płaską metalową puszkę. Stylistyka retro, to cecha charakterystyczna kosmetyków The Balm i może się ona podobać, lub nie. Mi, szczerze mówiąc, nie do końca ona odpowiada, ale przymykam na nią oko, ze względu na bardzo dobrą jakość kosmetyków the Balm.

Pudełeczko (jak to właściwie nazwać? Puderniczka?) posiada lusterko, co jest bardzo wygodne. Całość zapakowana jest w kartonik, z nadrukowanym składem (nareszcie ktoś pomyślał o tym, że może nie mam ochoty poszukiwać list zbiorczych ze składami), zastosowaniem kosmetyku etc.


Przejdę teraz do opisu zawartości. Rozświetlacz ma jasnozłocisty kolor. Kolor dosyć niefortunny, bo zdecydowanie bardziej pasują mi rozświetlacze utrzymane w chłodnej kolorystyce, np. różowe, srebrne. Plus jest taki, że złocista barwa nie jest intensywna, a roztarta na skórze staje się niemal odcieniem cielistym. Nie wyglądam więc jak Dolores O'Riordan w teledysku "Zombie".


The Balm Mary-Lou Manizer


Drobinki miki są bardzo drobno zmielone, za co chwała producentowi. Nie cierpię tandetnych, brokatowych rozświetlaczy, po których twarz nie jest świeża i pełna blasku, lecz świeci się jak kula dyskotekowa tudzież bożyszcze nastolatek Justin Bieber Edward Cullen. W przypadku Mary-Lou może nie mamy tak pięknej, mokrej tafli, jaką daje żelowy rozświetlacz Estee Lauder (klik!), ale efekt i tak jest rewelacyjny.


The Balm Mary-Lou Manizer

The Balm Mary-Lou Manizer

Przy nakładaniu Mary-Lou posiłkuję się dobrze zbitym pędzlem. Rozświetlacz nie tworzy paskudnych plam, a efekt można z powodzeniem stopniować - od subtelnego blasku, po dość wyraźny glow. Mika nie osypuje się zbytnio, więc kosmetyk można nakładać z dużą precyzją, podkreślając poszczególne partie twarzy.

Szajning lajk e star, czyli Mary-Lou w akcji:)


Trwałość rozświetlacza jest bardzo dobra. Mary-Lou utrzymuje się na mojej twarzy przynajmniej przez 12 godzin,  tracąc tylko trochę na intensywności. Co ciekawe, nawet jeśli spływa nam podkład, to rozświetlacz wciąż jest na swoim miejscu. Czary?
Rozświetlacz mnie nie uczulił, ani nie zapchał, czego się trochę bałam, bo w ostatnim czasie moja skóra ma kaprysy i coraz częściej pojawiają się na niej grudki i wypryski.

Podsumowując, Mary-Lou jest świetnym, uniwersalnym rozświetlczem. Jedyne, nad czym można ubolewać, to nad jego niską dostępnością (perfumerie Marionnaud) i brakiem szerszej gamy kolorystycznej. Mimo to, polecam wszystkim miłośniczkom subtelnego blasku na buzi:)

sobota, 22 września 2012

Ile jest warta twoja twarz?

Zabawa powszechnie już znana na blogstrefie. Pozwoliłam więc sobie dołączyć (mam jakiś "tagowy" dzień). No to jedziemy:)

Podkład



Używam kilku wedle uznania, humoru, pogody, stanu moje cery.
Najczęściej jest to podkład mineralny Pixie, ale używam też podkładu Lancome Teint Idole Ultra 24h, Nars Sheer Glow Foundation, L'Oreal True Match i z minerałów Lumiere. Cóż, do statystyk trafi więc średnia cena podkładów, która wedle moich obliczeń wynosi 107, 4 zł.

Tusz do rzęs




Tak, jak w przypadku podkładu, tutaj także nie używam jednego egzemplarza. W ostatnim czasie wykańczam tusz Max Factor Eye Brigtneining Tonal Black Volumising Mascara (co za długa nazwa!), Catrice Giant Extreme Volume Mascara oraz Bourjois Beauty Full Volume Mascara. Średnia cena tuszy to 26,66 zł.

Puder wykończeniowy



Puder bambusowy z Biochemii Urody bądź puder ryżowy. Sporadycznie puder jedwabny i krzemionka. Dobrze matują, utrzymują wydzielanie sebum w ryzach, utrwalają makijaż, nie ciemnieją. Średnia cena wynosi 20 zł.

Baza pod cienie



Od roku jestem wierna bazie Kobo. U mnie spisuje się na medal - zdecydowanie poprawia trwałość makijażu, ładnie podbija kolor cieni. Nie wysusza ani nie podrażnia.
Pod pigmenty używam także płynnej bazy Kobo. Bardzo dobrze łączy się z pigmentami matowymi i perłowymi, ale trzeba ją oswoić, by nie zrobić sobie krzywdy. Obie bazy to koszt około 20 zł.

Cienie do powiek



Tutaj używam dwóch palet cieni - the Balm Shady Lady vol.2 oraz "pasiastej" paletki Inglota, którą sama skomponowałam. Obie paletki w zupełności mi wystarczają (co prawda mam w domu inne palety, ale zauważyłam, że sięgam po nie od wielkiego dzwonu). Średnia cena za używane paletki wynosi około 78.50 zł.

Rozświetlacz



Kiedyś używałam codziennie, teraz od wielkiego dzwonu. Aktualnie jest to MAC Silver Aura Sheersheen. Cena to około 75 zł.

Podsumowanie



Po podliczeniu kosztów, okazało się, że kosmetyki których na co dzień używam to w przybliżeniu koszt 323,56 zł. Nie jest to jakaś astronomiczna kwota, z czego się bardzo cieszę. Odnoszę wrażenie, że jeszcze rok-dwa lata temu, zdecydowanie więcej inwestowałam w kolorówkę. Obecnie, zanim kupię jakiś kosmetyk, to dwa razy się zastanowię, czy naprawdę go potrzebuję. Pozostaje mi mieć nadzieję, że tendencja ta się nie popsuje:)

So Sweet Blog Award



Karminowe usta z bloga Kosmetyki dla bladolicych sprawiła mi bardzo, bardzo miły prezent - wyróżniła mnie, a raczej moją próżniaczą strefę w tagu So Sweet Blog Award. Karminku, jesteś kochana:* To bardzo fajne uczucie wiedzieć, że ktoś mnie podczytuje i podoba mu się, to co robię.
Postanowiłam się więc dołączyć do zabawy i nominuję 7 blogów/ bloggerek (kolejność przypadkowa), które czytam z zapartym tchem i wypiekami na twarzy:

1. Karminowe usta - co tu dużo mówić: uwielbiam! Karminek to moja "bladolica siostra":) Pisze piękne, ciekawe posty. Szczegółowo analizuje składy opisywanych kosmetyków, co jest nie lada wyzwaniem. Do recenzji podchodzi bardzo racjonalnie, mam pełne zaufanie do jej opinii, bo wiem, że opisuje faktyczny stan rzeczy, a nie ubarwia rzeczywistość.

2. Atqua Beauty - przepiękne swatche, interesujące posty, doskonałe źródło informacji o nowinkach. Polecam!

3. Italiana89 z bloga Wielki powrót do natury metodą małych kroków - blog, który pomógł mi zmienić podejście do pielęgnacji cery oraz do makijażu. Bogate źródło informacji dla wszystkich, którzy chcą ukręcić sobie własny kosmetyk kolorowy i pielęgnacyjny:)

4. Cocaron i wake up your make up - bardzo lubię podczytywać jej recenzje kosmetyków, tym bardziej że nie są to kosmetyki cieszące się mega popularnością na blogstrefie (chyba każdy doświadczył wysypu podobnych wpisów na blogach). Brawo i czekam na więcej!

5. Urbanka chyba nie muszę nikomu przedstawiać;) Uwielbiam za całokształt:)

6. Czarownicująca i jej Kociołek - nieocenione źródło informacji o włosach i ich pielęgnacji. Mój ulubiony blog traktujący o olejach, wcierkach i innych miksturach:)

7. Alina Rose - dla nie dziewczyna jest mistrzynią makijażu. Uwielbiam oglądać jej filmiki na YT:)

wtorek, 18 września 2012

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara

Dzisiaj będzie o najnowszym tuszu do rzęs ze stajni Max Factor, czyli Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara. Zapowiedź  tuszu pojawiła się już dawno temu. Obecnie maskara jest już na wykończeniu, toteż śpieszę z recenzją.

Pierwsze co musicie wiedzieć, to fakt, że jestem osobnikiem bardzo wymagającym, jeśli chodzi o tusze do rzęs. Mam rzęsy długie, ale cieniutkie i delikatne, toteż muszę się nieźle natrudzić, by wydobyć ich piękno. W sumie do tej pory zadowolona byłam tylko z 'panterkowego' tuszu Helenki (o takiego!) oraz tuszu Bourjois Volume Glamour Ultra Care. Nienawidzę, kiedy tusz zamienia moje rzęsy w badyle (ukłon w stronę tuszy marki Essence), kiedy tworzą się choćby najmniejsze grudki (Rimmel), tudzież 'owadzie nóżki' (przodują w tym tusze Maybelline). Rzęsy muszą być czarne, gładkie, mieć zachowany naturalny, jedwabisty blask, winny być rozczesane, gęste i podkręcone.
Jak widzicie, wymagania mam wysokie. Czy Max Factor im sprostał? Zapraszam do lektury.

Opakowanie tuszu jest schludne i proste. Nie jest może jakoś specjalnie eleganckie (zwłaszcza te rysunki oka, przywodzące na myśl piktogramy), ale nie gwałci mojego poczucia estetyki:)

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara


Szczoteczka jest nieduża, włoski są silikonowe, niespecjalnie gęste i muszę przyznać, że dosyć grube. Szczoteczka nie podrażnia powiek, nie wpakowałam jej sobie ani razu w oko (lol!), ale niestety - moim zdaniem niespecjalnie dokładnie rozczesuje rzęsy. Gdyby igiełki były cieńsze i gęstsze, byłabym z niej bardziej zadowolona.

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara


Konsystencja tuszu jest zadowalająca. Tusz nie jest ani gęsty, ani bardzo rzadki. Ma gładką, aksamitną konsystencję, która stanowi miłą odskocznię od tępych, błotnistych tuszy Essence i Catrice, jakich wcześniej używałam. Bardzo dobrze rozprowadza się na rzęsach, nie tworzy grudek ani owadzich nóżek.
Tusz lekko pogrubia rzęsy, aczkolwiek nie jest to tak spektakularny efekt, jaki w przypadku 2000 Calorie czy False Lashes. Nie zauważyłam wydłużenia ani podkręcenia rzęs. Malując się, trzeba też uważać, by nie skleić nadmiernie rzęs, bo tak jak wspomniałam, szczoteczka kiepsko je rozczesuje, i łatwo uzyskać kilka kluch nad okiem. A domyślam się, że w pogrubieniu obiecywanym przez producenta, nie o to chodzi.
Skupmy się teraz na sztandarowym zapewnieniu producenta - podkreśleniu koloru tęczówki. Powiem krótko: bujda na resorach. Owszem, tusz ma w sobie jakieś kolorowe mikrodrobinki (w moim przypadku fioletowe oraz większe srebrzyste - wersja do oczu zielonych), ale sam w sobie, rozprowadzony na rzęsach, wygląda na czarny. Nie zauważyłam, aby w jakimkolwiek świetle okazale opalizował, podkreślając barwę oczu.  Nie ważne czy poddawałam oczy oględzinom w świetle dziennym (słońce tudzież zachmurzone niebo), sztucznym (jarzeniówki, halogeny, tradycyjne żarówki) zieleń moich oczy była taka jak zawsze. Jeśli mam być szczera, to znacznie lepszy efekt optyczny uzyskiwałam malując rzęsy kolorowym tuszem Sensique. Aby tuszu nie zmarnować (włączył mi się tryb 'oszczędnościowy'), tusz nakładałam na inną maskarę. Taki zabieg sprawiał, że moje rzęsy wyglądały na grubsze i bardziej okazałe niż są w rzeczywistości.
Teraz przejdę do dwóch największych wad tuszu. Po pierwsze - bardzo wysuszył mi rzęsy. Po dwóch tygodniach używania maskary, moje rzęsy stały się matowe, suche i zaczęły bardzo mocno wypadać. Początkowo obwiniałam o to nowy, dzieciaczkowy żel, jakim przemywałam twarz, ale kiedy odstawienie go nic nie dało, moja uwaga spoczęła na Eye Brightening.
Po drugie - mikrodrobinki zawarte w tuszu,  maja tendencję do osypywania się, wpadania do oczu i podrażniania. Jest to o tyle nieprzyjemne, że drobinki są bardzo malutkie, praktycznie niewidoczne, i nie da się ich usunąć z oka. Tusz trzeba po prostu zmyć. Chyba, że ktoś w ramach samoudręczania ma ochotę przez cały dzień trzeć oczy i wyglądać jak królik.

Rzęsy bez grama tuszu:)

Rzęsy potraktowane tuszem Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara

Rzęsy potraktowane tuszem Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara


Podsumowując, tusz mnie nie zachwycił. Dobrze, że wydajnością nie grzeszy, bo miałabym wyrzutu sumienia, iż wyrzucam do kosza nowy kosmetyk:P Zaskakujące są dla mnie bardzo pozytywne opnie na Wizażu (klik!), ale to nie pierwszy raz, kiedy moja opinia odbiega od doświadczeń innych internautek.
Cóż, ze swojej strony - nie polecam!

niedziela, 16 września 2012

Błędy młodości...

Llorandare zapoczątkowała fajną zabawę, którą można potraktować jako tag. Czyli podzielenie się z innymi blogger(k)ami swoimi pielęgnacyjnymi tudzież makijażowymi błędami z młodości.


quench 10 lat temu:)


Tutaj lista moich grzeszków:

1. Mycie twarzy mydłem tudzież żelem do cery trądzikowej. Dobijanie jej specyfikiem o nazwie "Afrodyta" (obecnie chyba Afronis).
Nawet nie wiem, skąd mi taki pomysł przyszedł do głowy. Cerę miałam za młodu normalną, można powiedzieć że nawet suchą, ale katowałam ją najpopularniejszymi wysuszaczami. Chyba wychodziłam z założenia, że nastolatka musi mieć cerę tłustą, trzeba ją oczyszczać, wysuszać i już:P

2. Stosowanie zbyt ciemnego podkładu. Jako nastolatka nasłuchałam się głupich rad, że ciemny podkład ożywi mi moją trupią cerę. Więc takowy stosowałam. Nie muszę chyba wyjaśniać, że wyglądałam jak kretynka...

3. Obrysowywanie linii wodnej czarną konturówka. To chyba jakiś etap w życiu młodej dziewczyny, bo zauważyłam, że dużo nastolatek stawia na makijaż w stylu drag queen:)

4. Intensywne opalanie się. I znowu za radą starszych i doświadczonych życiowo cioć wystawiałam się na światło słoneczne. Dało mi to tyle, że byłam poparzona, a moja skóra do dziś nosi pamiątki w postaci przebarwień  i tysięcy pieprzyków.

5. Ścinanie kręconych włosów do linii ucha.
Ummm, to nie był dobry pomysł. Wygląd a'la porażony gromem szopen nie jest zbyt przyjemny dla oka.

6. Rozjaśnianie włosów wodą utlenioną 12%.
Szybki i skuteczny sposób na wykończenie swoich włosów. Nie podobały mi się moje mysie włosy, więc traktowałam je H2O2. Uzyskiwałam białe pasemka, które później kruszyły się niemiłosiernie. Raz, w przypływie totalnego debilizmu,  naniosłam wodę utlenioną na brwi. Efekt nie był twarzowy - delikatnie mówiąc.

To chyba główne przewinienia, jakie mam na sumieniu. Oczywiście dojdą do tego inne głupawe wpadki, jak nakładanie kilograma cieni do powiek, lakierowanie włosów tak mocno, że przypominały skorupę, używanie ogromnych ilości rozświetlcza... Kurczę, dobrze, że te lata mam już za sobą:D

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation - podkład mineralny

Do minerałów Pixie podchodziłam, jak przysłowiowy pies do jeża. Już od bardzo dawna chciałam je wypróbować, ale zniechęcały mnie rozbieżne opinie na ich temat oraz dość wysoka, jak na podkład mineralny, cena.
W końcu przełamałam się i zamówiłam trochę próbek, by przetestować różne odcienie i dostępne formuły.
Do niedawna Pixie dysponowało trzema formułami - natural finish, cover de luxe oraz complexion perfection. Gama kolorystyczna także była pokaźna; odcienie ciepłe, chłodne, nawet piękne oliwki...Oj, było w czym wybierać...

Obecnie Pixie wycofuje z rynku dwie formuły - natural finish i cover de luxe oraz okraja gamę kolorystyczną. No cóż -  dla mnie to trochę strzał w kolano, bo na forach dziewczyny narzekają, że zostały pozbawione ulubionych formuł i odcieni:P I wyznam, że mogłabym przyłączyć się do grona rozgoryczonych klientek, bo jak się okazało, najbardziej odpowiada mi wycofywana formuła cover de luxe i wycofywany oliwkowy odcień - Tinkerball 0. To się nazywa szczęście:P

Kiedy już znalazłam odpowiadającą mi formułę i odcień, postanowiłam szybko zamówić pełnowymiarowe opakowanie, póki jeszcze było ono dostępne. Minerały zużywam dość wolno, więc ilość proszku wystarczy mi na dobry rok użytkowania. To dużo czasu na znalezienie alternatywy.

Przejdę teraz do opisu samego podkładu:)

Podkład zamknięty jest w plastikowym słoiczku. Mam dość mieszane uczucia, co do jego stylistyki. Z jednej strony jest słodkie i urocze (połączenie różu, srebra, motyw z baśniowym elfem) - z drugiej, wydaje mi się bardzo infantylne. Osobiście wolę skromniejsze i bardziej stonowane opakowania. Nie wykluczam jednak, że są osoby, które zachwyci cukierkowy róż.

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation


Opakowanie pozbawione jest plastikowego sitka. Mamy tutaj do czynienia z siateczką. Rozwiązanie niby fajne, ale też niepraktyczne. Siatka nie ma zabezpieczenia i jeśli podkład nosimy np. w torebce, to przy otwieraniu powinniśmy bardzo uważać, by przypadkiem nie upaprać się proszkiem. Wolę jednak tradycyjne plastikowe sitka z klapką zabezpieczającą, jakim dysponują choćby minerały EDM.


 Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation


Podkład jest kremowy. Bardzo dobrze przyczepia się do skóry, nieźle się rozprowadza flat topem i kabuki. Umiejętnie nałożony nie tworzy plam, aczkolwiek przy niechlujnym nakładaniu można sobie wyrządzić krzywdę. Szczególnie,  jeśli lubimy nakładanie minerałów "na mokro". Krycie jest całkiem dobre - podkład wyrównuje koloryt skóry, chowa mniejsze wypryski i zaczerwienienia. Z większymi sobie nie poradzi, ale nie jest to przecież jego zadaniem. Podkład podkreśla suche skórki, więc trzeba przyłożyć się do dobrego nawilżenia cery. Nakładany bezpośrednio na skórę potrafi wyeksponować rozszerzone pory, toteż preferuję nakładanie go na primer (puder ryżowy lub bambusowy). Warto też dodać, że podkład zaliczyć można, do troszkę trudniejszych w obsłudze minerałów. Przypomina mi pod tym względem kapryśne minerały Lucy. Trzeba doskonale wyczuć, jaka ilość podkładu jest dla nas optymalna i nakładać go cieniutkimi warstwami. Jeżeli będziemy nakładać podkład jedną, grubszą warstwą, przyszykujmy się na porażkę - Pixie zwarzy się bezlitośnie ewentualnie albo utworzą się zacieki.

Pixie Cosmetics Cover de Luxe Foundation, Tinkerball 0

Pixie Cosmetics Cover del Luxe Foundation, Tinkerball 0


Trwałość całkiem dobra - podkład wytrzymuje u mnie około 8 godzin. Po tym czasie zaczyna się ścierać ze strefy T i warzyć na policzkach.

Podkład mnie nie zapchał, ani nie uczulił. Całe szczęście, bo naczytałam się opinii o potencjale zapychającym formuły cover de luxe:) Poniżej podaję skład:

Mica, Silica, Sodium Stearyl Fumarate, Hydrogenated Lecithin, Sodium Hyaluronate, Tin Oxide, [+/- CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77947 (Zinc Oxide), CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77288]


Nad odcieniem nie będę się specjalnie rozwodzić. Tinkerball to przedstawiciel oliwek. Kolor nie jest wybitnie zielonkawy (bałam się, że będę wyglądała, jak pokryta szlamem:) ale pięknie wtapia się w moją cerę. Pierwszy raz twarz nie odróżnia mi się kolorem od szyi, a to jest coś, co robi wrażenie:) Oczywiście może zdarzyć się tak, że więcej niż jeden odcień będzie nam odpowiadał. Moim kolorystycznym ideałem jest Tinekrball ale pasują mi też takie odcienie jak Breena 0, a nawet Calista 0 i Titania 0.

Podsumowując, Pixie to dobre, polskie minerały. Co prawda nie przebijają moich ulubionych minerałów Lumiere, ale nie żałuję, że mam  je w swojej kosmetyczce. Dla chcących nabyć Pixie mam dobrą wiadomość - na oficjalnej stronie producenta (klik!) trwa obniżka i minerałki można kupić 30%  taniej (nie dotyczy sampli).

Nareszcie!

Po tygodniach prób, pertraktacji, wściekania się, gróźb karalnych blogger zaskoczył i udało mi się zmusić go do współpracy. Tym samym odzyskałam normalny szablon (dzięki grzebaniu w kodzie html, co by nie było, że blogger stał się nagle uległy). Cieszy mnie to niezmiernie, bo widoki dynamiczne wyjątkowo mi nie pasują. Zdecydowanie wolę prostotę:)



źródło

niedziela, 9 września 2012

MAC Matchmaster Foundation SPF 15

Dzisiaj będzie o podkładzie, którego używam już od jakiegoś czasu i który, o dziwo, bardzo przypadł mi do gustu.
Dlaczego napisałam "o dziwo"? Ano dlatego, że to podkład marki MAC, a podkładów MAC-a nie lubię. Nie chodzi oczywiście o mój negatywny stosunek do firmy. Moim zdaniem MAC posiada genialne cienie do powiek, cudne rozświetlacze, fantastyczne pędzle, nawet całkiem dobrą pielęgnację, ale z podkładami mam same negatywne doświadczenia. Matchmaster, bo o nim będzie mowa, jest pierwszym podkładem ze stajni MAC, który przekonał mnie do siebie na tyle, że mam ochotę kupić pełnowymiarowe opakowanie (przezornie testowałam odlewki).

MAC Matchmaster Foundation SPF15, gama kolorystyczna


Nie będę opisywać tutaj opakowania podkładu, bo testowałam odlewki zamknięte w małych MAC-owych słoiczkach  (tak na marginesie bardzo dopracowanych i estetycznych) . Skupię się raczej na właściwościach podkładu.

MAC Matchmaster Foundation, odcień 1.0, próbka

MAC Matchmaster Foundation, odcień 1.0, próbka

MAC Matchmaster Foundation, odcień 1.0, próbka

Podkład nie jest specjalnie rzadki. Konsystencja wydaje się zwarta, ale jeszcze nie gęsta, ciężka i kremowa. To swoisty kompromis - osoby lubiące rzadkie podkłady, jak i te bardziej treściwe nie będą rozczarowane.

Podkład bardzo ładnie rozprowadza się na skórze. Jest gładki, aksamitny, przez co wręcz banalnie prosty do nałożenia. Nie napotkałam żadnych trudności w rozprowadzaniu podkładu pędzlem, gąbką czy palcami. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak można nierównomiernie rozprowadzić ten podkład, bo dla mnie jest on wręcz 'głupoodporny'. Chyba, że moje całkiem duże doświadczenie w używaniu podkładów owocuje tym, iż jestem w stanie dobrze rozprowadzić każde mazidło nagębne.

Krycie określiłabym mianem średniego. Podkład bardzo ładnie wyrównuje koloryt i fakturę skóry, maskuje pory, rozszerzone i popękane naczynia krwionośne, niewielkie krostki i plamki pigmentacyjne. Z dużymi wulkanami, czy bliznami może sobie nie poradzić, więc warto mieć w pogotowiu korektor.
Podkład nie osadza się na włoskach, nie migruje do zmarszczek ani porów. Podkreśla za to suche skórki, więc trzeba zadbać o dobre nawilżenie i skóry z większymi zadziorkami rozprawić się za pomocą peelingu.
Wykończenie jest półmatowe, bardzo naturalne. Nie jest to płaski, papierowy mat, ani też 'glow' jaki nadają bb kremy. Matchmaster tworzy piękną iluzję skóry - jedwabistą, żywą, świetlistą. Właśnie piękne wykończenie, jaki daje ten podkład, podbiło moje serce.

Trwałość całkiem dobra. Podkład bez przypudrowania wytrzymuje około 6 - 8 godzin (wiadomo, w upalne dni trwałość będzie mniejsza), przypudrowany trzyma się do 12 godzin. W ciągu dnia podkład nie warzy się, ale delikatnie przeciera się  w newralgicznych miejscach (u mnie to broda, nos i czoło). Według mnie trwałość jest przyzwoita.

Podkład nie zapycha, czego bardzo się obawiałam, ale wysusza skórę. Jeśli zamierzamy codziennie używać Matchmastera (osobiście używam na zmianę różnych podkładów), konieczne będzie przyłożenie się do dobrego nawilżania oraz natłuszczania skóry.

Zapach jest chemiczny, niespecjalnie przyjemny. Nie ma tutaj konkretnej kompozycji zapachowej, podkład pachnie "silikonowo". Mi to nie przeszkadza, bo wolę taką woń, niż intensywnie perfumowane produkty. Osoby preferujące kosmetyki wzbogacone kompozycją zapachową, mogą być niezadowolone.

Teraz parę słów o odcieniach. Używam najjaśniejszego odcienia 1.0. Jest to odcień dość jasny, z przewagą ciepłych tonów (aczkolwiek, kiedy porównałam go d o NARS-a, wydał się nagle dziwnie różowy). Myślę, że jest odpowiedni dla dziewczyn o umiarkowanie bladej karnacji. Dla dziewczyn o bardzo jasnej, mlecznej skórze może być zbyt ciemny.  U mnie podkład pięknie wtapia się w cerę, ba! - czasami mam wrażenie, że jest wręcz zbyt jasny, ale aktualnie wciąż jestem opalona.
Odcień 1.0 delikatnie utlenia się w ciągu dnia, ale na szczęście oksydacja nie jest wyraźna i wynosi może pół tonu.

MAC Matchmaster Foundation, odcień 1.0

MAC Matchmaster Foundation, odcień 1.0

MAC Matchmaster Foundation,1.0 & NARS Sheer Glow Foundation, Siberia

MAC Matchmaster Foundation,1.0 & NARS Sheer Glow Foundation, Siberia

MAC Matchmaster Foundation,1.0 & NARS Sheer Glow Foundation, Siberia

Wydajność podkładu jest bardzo dobra. By pokryć całą twarz, wystarczy mi mała kropelka podkładu. W internecie spotkałam się z opinią, że aby równomiernie pokryć twarz, trzeba nałożyć co najmniej kilka pompek podkładu... Ujmę to jednym słowem: bzdura. Nigdy nie spotkałam się z podkładem, który wymagałby nałożenia aż takiej ilości, i Matchmaster nie jest tu wyjątkiem. Przymierzając się do używania jakiegokolwiek podkładu, trzeba pamiętać, że nie jest on magiczną różdżką, która schowa wszelakie problemy skórne. Podkład ma za zadanie wyrównać koloryt i fakturę skóry, a nie niczym szpachla, zamaskować nasze niedoskonałości.

Podsumowując, MAC bardzo zaskoczył mnie swoim podkładem. Spodziewałam się kolejnego, ciężkiego i kiepskiego jakościowo podkładu, a otrzymałam bardzo przyjemny produkt. Teraz czekam na jakiś zastrzyk gotówki, by kupić sobie pełnowymiarowe opakowanie.