sobota, 25 sierpnia 2012

Nie rozumiem mody...

Niniejszy post będzie miał charakter zrzędząco-jęczący. Jeśli nie macie ochoty na czytanie moich narzekań, lepiej darujcie sobie dalszą lekturę (cóż, uczciwie ostrzegam).

Wczoraj po pracy nadszedł znienawidzony przeze mnie dzień, czyli taki, w którym zmuszona jestem udać się na ubraniowe zakupy. Nie cierpię kupować ubrań. Nie znam się na modzie, nie interesuje mnie moda, nie śledzę na bieżąco, jaki aktualnie panuje trąd trend w modzie. Zawsze więc sporządzam w głowie listę najpotrzebniejszych rzeczy oraz konkretnych sklepów, w których mogę je kupić. Mam więc niemal męskie podejście do nabywania nowych ubrań, czyli wejść- szybko kupić-wyjść.
Jeśli chodzi o mój gust odzieżowy, to zawsze stawiam na klasykę - ubrania w stylu codziennym, proste, bez zbędnych ozdóbek-pierdółek i udziwnień, w stonowanych kolorach.  Najczęściej zaglądam więc do sieciówek Orsay oraz Camaieu. Od czasu do czasu moja stopa powstanie w Reserved (podoba mi się ich linia basic).
No dobra, wracając do tematu - wczoraj postawiłam sobie jasny i wydawać by się mogło, że prosty cel - kupno swetra z kapturem, zapinanego na zamek. Jakby nie patrzeć, mamy koniec sierpnia, poranki i wieczory są już chłodne, więc sweter by się przydał. Na zamek, co by nie walczyć z guzikami. Z kapturem, by w razie mżawki zaciągnąć go na głowę. Jakby ktoś nie potrafił sobie go wyobrazić, to niżej przykładowy obrazek:



Wydawać by się mogło, że kupno takiego swetra, to nic trudnego. Klasyka - powinien być dostępny w każdym sklepie. No i tu pojawił się zonk.
Tak, tak moi kochani, bo pomimo wielogodzinnego łażenia po sklepach, przebytych kilometrów i opuchniętych stóp, swetra nie kupiłam. Zamiast tego mogłam podziwiać całe stada dziwnych, bezkształtnych worków, tudzież wełnianych pęcherzy z tworami imitującymi rękawy, uznanymi widać za wiodący trąd trend. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęć do zamieszczenia na blogu (ku pamięci oczywiście).  Obeszłam H&M, C&A, Orsay, Camaieu, Reserved, Cropp, Top Secret, New Look, House, Cache-Cache, New Yorker a nawet znienawidzoną przeze mnie Zarę, a swetra nie uświadczyłam. W końcu poddałam się i wróciłam do domu z mocnym postanowieniem, że chyba nadszedł czas, by zaopatrywać się w ubrania na jakichś bazarach. Bo widać moje modowe gusta odbiegają od aktualnych tendencji odzieżowych:P Wolę już kupić chińską masówkę, w której nie będę wstydziła się wyjść do ludzi, niż beznadziejny chłam, jaki usiłują mi wcisnąć dookoła, wmawiając przy tym, że jest na topie i cool.

Czym pachnie quench vol. 2

Bardzo długo szukałam zapachu, który w pełni by mi odpowiadał i z którym mogłabym się w pewien sposób utożsamiać. Przez długi czas używałam Acqua di Gioia, później był klasyczny Amor, Amor następnie krótki romans z Halloween i Oxygene,  ale żaden z nich nie zatrzymał mnie przy sobie na dłużej. Każdy z zapachów po jakimś czasie (krótszym lub dłuższym) mnie irytował i wymuszał na mnie dalsze poszukiwania.
I któregoś pięknego dnia zawędrowałam do Sephory, gdzie zatrzymałam się przy półce oznaczonej 'Mugler'. Rzecz co najmniej dziwna, bo od pamiętnych czasów, kiedy to skropiłam się Womanity,  śmierdzącym (dla mnie oczywiście) kiszonymi ogórkami tudzież zepsutą makrelą z dodatkiem fig, jak ognia unikałam szaleństw Muglera. Miałam już sięgnąć po wariacje znanego mi Angela (którego notabene też nie lubię), kiedy mój wzrok przyciągnął nieznany mi, ametystowy flakon. I tak oto odnalazłam się z Obcym. Jak to w życiu bywa, zupełnie nagle i niespodziewanie.


Tak, Alien EDT skradł moje serce. Zawładnął mną kompletnie. Mistrzowskie połączenie jaśminu i mandarynki, okraszone kaszmeranem oraz bursztynem rzuciło mnie na kolana. Zapach, początkowo intensywny, wibrujący, rażący wręcz swoją jaśminową mocą, szczelnie mnie otula i trwa przy mnie (a ściśle na mnie - jakkolwiek to brzmi) przez cały dzień. Nie męczy mnie jednak, tylko co jakiś czas daje o sobie znać: "ciągle tu jestem"...
Alien nie jest zapachem prostym i łagodnym. Jaśmin jest zdecydowany, ale nie tak słodki jak w Pure Poison Dior'a. Dodatek mandarynki zaś odbiera mu męczącą i migrenogenną mdłość. Alien jest więc wyrafinowany, nieuchwytny i wyrazisty.
Flakon piękny, nietuzinkowy, jak  na Muglera przystało, zapadający w pamięć...

Thierry Mugler, Alien EDT


Thierry Mugler, Alien EDT

Nie będę się więcej rozpisywać i powiem krótko: "mój ci on jest". Polecam kobietom odważnym, mającym dość landrynkowych zapaszków a'la kwiatki-sratki, a szukającym konkretnego, ale nie przekombinowanego zapachu.

Everyday Minerals jojoba base - podkład mineralny z jojobą

EDM były moimi pierwszymi minerałami z prawdziwego zdarzenia. Wcześniej używałam podkładu mineralnego z The Body Shop oraz Vichy, ale EDM rozwalił je na łopatki ilością odcieni, formuł etc. Później nastał szał na minerały, a mnie zupełnie pochłonęło testowanie podkładów innych marek. EDM  spadło zaś na dalszy plan.
Po niemal dwuletniej przerwie, EDM znowu pojawiło się w moim życiu:) Wszystko za sprawą nowej formuły podkładu, zawierającej w swoim składzie olejek jojoba. Dodatek oleju miał zapewnić proszkom odpowiednią kremowość ( a główny zarzut wobec minerałów EDM, to swoista suchość oraz pylistość) i dawać efekt airbrush. Wszystko zapowiadało się super. Klasyczne podkłady EDM nawet polubiłam, ale brakowało mi w nich właśnie kremowości i miękkiej struktury, toteż bez wahania zamówiłam duże opakowanie nowej formuły.

źródło


Zdecydowałam się na odcień shell blanc, czyli najjaśniejszy w cieplej tonacji.
Podkład dotarł do mnie błyskawicznie, a ja z rumieńcami wywołanymi podekscytowaniem, przystąpiłam do testów.



Spotkało mnie jednak duże rozczarowanie.

Porażką okazał się sam kolor. Shell blanc jest odcieniem dziwnym, jakby niezdecydowanym. Ma w sobie troszkę złotych tonów, ale zdecydowanie więcej jest w nim tonów brzoskwiniowych, powstałych z mieszanki różowych i pomarańczowych pigmentów. Odcień ten też dosyć mocno oksyduje, wybijając właśnie brzoskwiniowe tony, które nijak do mnie nie pasują. Dla formalności dodam, że obecnie idealnym odcieniem jest dla mnie Tinkerbell 0 z Pixie, czy Fair Warm z Lumiere, a więc podkłady w tonacji oliwkowej ewentualnie ciepłej (zimą moja złocistość zanika i skóra staje się ziemista, z podtonami różowymi i oliwkowymi). Oczywiście nie skupiłam się tylko na jednym odcieniu EDM. Dla pewności zamówiłam jeszcze odcień alabaster i cream, ale oba są już dla mnie za różowe i odcinają się od szyi. Odnoszę wrażenie, że kolory nowej formuły są w ogóle kiepsko wyważone. Tak jakby producent chciał stworzyć tylko kilka uniwersalnych odcieni, które od biedy będą nadawać się dla danej tonacji...

Odcień to jedno, teraz skupię się nad formułą. Faktycznie jojoba jest nieco bardziej kremowa, niż standardowe podkłady EDM. Nie jest to jednak kremowość Lucy Minerals, Lily Lolo, Pixie czy Lumiere. Podkład nie pyli się, ale nie ma tej charakterystycznej miałkości czy przyczepności, charakteryzującej wyżej wymienione podkłady. Fani mocni kremowych podkładów mogą się więc czuć rozczarowani.

Krycie określiłabym jako niskie, w stronę średniego. Na pewno nie jest ono mocne. Podkład nie ukrył ani moich rumianych policzków, ani spękanych naczynek na nosie, ani moich pryszczy (efekt zapchania cery kremem Dermiki Lily Skin). Jedyne co zrobił, to delikatnie wyrównał fakturę skóry i nieco zrównoważył koloryt. Kiepsko.

Jeśli chodzi o trwałość, to też jest bardzo marna. Podkład, wspomagany primerem i finisherem ( w tej roli mieszanka krzemionki i pudru jedwabnego albo pudru ryżowego i bambusowego) wytrzymywał 4-5 godzin, po czym warzył się i drastycznie ciemniał. Bez utrwalaczy, spływał po maksymalnie 3 godzinach. Nie jest to wina pogody, bo testowałam go w dni chłodniejsze jak i cieplejsze. Ten typ w kontakcie z moją skórą po prostu tak ma.

Plusem jest natomiast wykończenie. Faktycznie jest ono ładnie kremowe, pozbawione kredowości. Idealnie imituje skórę - aksamitną, delikatnie matową, ale wciąż pełną blasku. Mam wrażenie, że podkład po roztarciu nabiera wręcz wielowymiarowości, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej. Tylko co z tego, jeśli nie można się takim efektem nacieszyć?

EDM jojoba base, shell blanc. Widać satynowe wykończenie podkładu.

EDM jojoba base, shell blanc. Widać satynowe wykończenie podkładu.

EDM jojoba base, shell blanc. Widać satynowe wykończenie podkładu.


Podsumowując EDM tym razem mnie nie zachwyciło. Formula z jojobą okazała się dla mnie porażką i nikomu nie radzę kupować w ciemno dużego opakowania, bo pomimo sympatii do marki, można się mocno rozczarować.

środa, 22 sierpnia 2012

Próbkowo wielkie:)

Dzisiaj przyszły do mnie moje próbeczki podkładów Pixie, Bare Faced Beauty i Blusche. Muszę przyznać, że po raz pierwszy przy doborze minerałów kierowałam się zdrowym rozsądkiem i zamówiłam wyłącznie próbki. Po ostatniej wpadce z EDM, kiedy to bez testowania zamówiłam biga nowej formuły (cóż, zarówno formuła 'jojoba base', jak i odcień 'shell blanc' okazał się klęską), przystopowałam ze spontanicznymi zakupami przez internet. Bo nie dość, że wydajemy kasę na sam kosmetyk, to dochodzą do tego koszty przesyłki i sumka, jakby nie patrzeć, robi się spora...

Niżej moje nowe skarby:




Jak widzicie postanowiłam się nie certolić i zamówiłam niemal wszystkie dostępne odcienie Pixie z poziomu 0, czyli najjaśniejszego. I przyznam, że jestem troszkę zdziwiona, bo oszałamiająco jasne, to one nie są. A bałam się, że będę miała kilkanaście torebeczek białej mączki:) Pozamawiałam też różne formuły, by wybadać, która będzie dla mnie najodpowiedniejsza.

Blusche niczym mnie nie zaskoczyło - podkłady są pięknie jasne, tak jak się tego spodziewałam. Bardziej  interesuje mnie formuła, bo wcześniej używałam wersji full matte, a teraz zamówiłam original matte, czyli z założenia mniej kryjącą i mniej matującą. Czy będzie z tego miłość? Zobaczymy. A jeśli mowa o Blusche, to doszły mnie słuchy, że producent chwilowo zawiesił interes. Mam nadzieję, że nie skończy się to tak, jak z minerałami Adorned with Grace Minerals, kiedy to sklep z nieznanych nikomu powodów zwinął manatki i zniknął z rynku. Decyzja dziwna, bo minerały cieszyły się dużą popularnością (zasługa sensownej gamy kolorystycznej i rewelacyjnej formuły).

Bare Face Beauty także wypada obiecująco. Podkład co prawda przetestowałam tylko na nadgarstku, by ocenić kolor, ale już widzę, że wielkiej tragedii nie ma. Przyznam, że trochę się obawiałam, bo natknęłam się na informacje, że odcienie są ciemne i nienaturalne.

Tak więc jutro przystępuję do pierwszych testów. Myślę, że na początek pomęczę trochę nasze rodzime Pixie. To mój pierwszy kontakt z tymi minerałami, a biorąc pod uwagę stosunkowo wysoką cenę (dochodzącą nawet 86 zł!), nie będę miała dla nich litości:)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Mineralnie cz.I

Podkłady mineralne swoje triumfy święciły 2-3 lata temu. Niemal każdy producent wprowadził do swojej oferty minerały, albo pseudo - minerały (czyli podkłady sypkie ale zawierające talk, sztuczne substancje zapachowe lub konserwanty, których podkłady mineralne z prawdziwego zdarzenia, nie posiadają).
Podkłady mineralne przyciągnęły i mnie. Skusił mnie naturalny, prosty skład, a także mnogość oferowanych odcieni. Odcienie chłodne, ciepłe, oliwkowe, neutralne, złociste, brzoskwiniowe... Podkład przestał być tylko beżowy, niemal każdy mógł w końcu znaleźć odcień idealnie dopasowany do swojej karnacji.

Jako osoba o bardzo jasnej skórze, to właśnie wśród minerałów rozpoczęłam poszukiwania swojego podkładowego "Świętego Graala". Tyle pięknych, jasnych odcieni  znalazło się nagle na wyciągniecie ręki... Przygodę rozpoczęłam od podkładów EDM, później sięgnęłam po Blusche, Lucy Minerals, Meow, Lumiere i wiele innych, nieraz zupełnie niszowych firm.
Swojego mineralnego ideału nie znalazłam (aczkolwiek bardzo blisko był podkład Lily Lolo i Lumiere w formule Veena Velvet), ale pomimo to lubię wracać do podkładów mineralnych. Szczególnie latem, kiedy mam wrażenie, że moja skóra dusi się pod tradycyjną kolorówką.

Obecnie mam 3 pełnowymiarowe podkłady mineralne. Nie przesadzę, jeśli powiem, że taka ilość starczy na co najmniej rok szczodrego użytkowania. Podkłady mineralne są bowiem bardzo, bardzo wydajne.





Jak widzicie, posiadane przeze mnie minerały, to Lumiere VV (VV- veena velvet) w odcieniu fair warm, który początkowo miał trafić do mojej siostry, ale okazał się dla niej stanowczo za jasny, Bare Minerals w odcieniu Fairly Light (N10) oraz nowość EDM - podkład z olejkiem jojoba w odcieniu Shell Blanc. Z wymienionych podkładów najbardziej lubię Lumiere. Byłam pewna, że niechciany przez moją siostrę odcień będzie dla mnie za ciemny i żółty, ale okazało się, że obecnie całkiem nieźle wtapia się w moją skórę. Cóż - letnia opalenizna też ma swoje plusy:)

Każdy z podkładów opiszę dokładniej w oddzielnych postach. Póki co podsunę Wam kilka istotnych wiadomości odnośnie minerałów.

1. Występują w formie sypkiej, a składają się zwykle z: miki, tlenku cynku i dwutlenku tytanu, pigmentów kolorowych, takich jak tlenki żelaza, tlenki chromu. Mogą mieć domieszki innych składników, np. krzemionki, pudru ryżowego, pudru jedwabnego, azotku boru, mirystynianu/ stearynianu magnezu itp.  Nie powinny zawierać talku, oleju mineralnego, konserwantów, silikonów, syntetycznej  kompozycji zapachowej oraz barwników organicznych. Czasami, producenci chcąc poprawić właściwości swoich produktów (głównie potencjał wysuszający) dodają do nich olejek jojoba, alantoinę, skwalan, czy lanolinę.

2. Występują w kilku formułach. Oczywiście nie wszystkie, ale wielu producentów wprowadza różne formuły swoich podkładów. Różnią się one strukturą (sypkie i bardziej kremowe), siłą krycia, wykończeniem, trwałością. Jeśli nie spodoba się nam jedna formuła podkładu, może się okazać, że inna będzie dla nas idealna. Kupując próbki podkładów warto więc skupić się nie tylko na samym odcieniu, ale i na dostępnych formułach.

3. Mają potencjał wysuszający skórę. Składniki podkładów mineralnych, np. tlenek cynku, krzemionka, puder ryżowy, oprócz tego, że absorbują sebum mogą też przyczynić się do znacznego przesuszania cery. Ważna jest więc dbałość o zapewnienie odpowiedniego stopnia nawodnienia i natłuszczenia skóry. Można też celować w minerały, które zawierają ochronne dodatki, np. olejek jojoba, lecytyna, lizyna, alantoina, jedwab czy skwalan.

4. Wymagają nakładania dobrym pędzlem. Najlepiej spisuje się tu pędzel kabuki albo flat top.  Oczywiście można też podkład nakładać gąbeczka (np. słynnym beauty blenderem), ale moim zdaniem pędzel daje najbardziej naturalny wygląd. Najprostsza technika nakładania wygląda następująco: niewielką ilość proszku wysypujemy na wieczko od podkładu (albo do talerzyka, miseczki etc), zanurzamy w nim pędzel, nabieramy trochę proszku a ewentualny nadmiar strzepujemy z włosia. Twarz stemplujemy, a następnie starannie rozcieramy podkład wykonując koliste ruchy. Pamiętajmy, że im mniej proszku naniesiemy na buzię, tym lepiej.  Oczywiście sposób ten nie jest jedynym, można nakładać podkład na zwilżoną twarz, mieszać podkład z kremem itp.

5. Zawsze warto mieć pod ręką primer. Primer jest bazą, którą nakładamy na skórę pod podkład. Jego główne zadania to: wyrównanie faktury skóry, zmatowienie albo rozświetlenie cery, poprawa przyczepności i trwałości podkładu, oddzielenie skóry od podkładu, gdy ten ma właściwości silnie wysuszające, wygładzenie i zmiękczenie rysów twarzy. Do najbardziej popularnych primerów zaliczamy puder bambusowy, puder ryżowy, dry-flo, frakcję sojową, puder diamentowy i jedwabny, skrobia kukurydziana i krzemionka (dwa ostatnie najlepiej stosować w domieszkach, bo mogą wysuszać skórę).

I to by było na tyle:)  Więcej informacji znajdziecie oczywiście na Wizażu.
I tak jak wspomniałam - w niedługim czasie spodziewajcie się dokładnych recenzji podkładów Lumiere, EDM jojoba base, BM. Lecą do mnie też próbki podkładów Pixie oraz Bare Face Beauty, więc kiedy już je przetestuję, na pewno podzielę się z Wami wrażeniami.

sobota, 18 sierpnia 2012

Znikam:)

Tak jak w tytule. Znikam na dwa dni. Postanowiłam, że maksymalnie wykorzystam resztki lata i odwiedzę rodzinną Suwalszczyznę. Kochane lasy, rzeki i jeziora, przybywam!!!





piątek, 17 sierpnia 2012

Producenci, konsumenci i szczypta rozumu...

Do napisania tego posta skłoniła mnie świeża na bloggerze historia z odżywkami do paznokci marki Eveline. Większość z Was zapewne wie o co chodzi, a jeśli wciąż żyjecie w błogiej nieświadomości, to gorąco namawiam do lektury następujących postów na blogach: Panna Joanna, Grzee.

Aferka z formaldehydem nieco mnie zirytowała. Dlaczego? Ano dlatego, że niemal każdy wziął pod obstrzał firmę Eveline, jakoby głównego sprawcę tego całego paznokciowego zła. Przestraszone dziewczyny zaczęły wyrzucać pazurkowe "odżywki" do kosza sypiąc gromy pod adresem producenta.

A ja się pytam, gdzie się podział rozum konsumentów? Bo nie wiem jak inni, ale ja jeśli już coś kupuję, to zawsze sprawdzam skład pod kątem bezpieczeństwa.  A jak trafię na jakiegoś babola w składzie, to sprawdzam po jakie licho on tam siedzi. Nie mówiąc już o tym, że jak mnie piecze skóra po nałożeniu kosmetyku, to szybko zmywam badziewie, a nie sobie wmawiam, że tak ma być.

Tymczasem padły oskarżenia pod adresem firmy, że na preparacie nie ma ostrzeżenia odnośnie negatywnych skutków działania "odżywki". A czy producenci konserwujący produkty parabenami informują nas, że substancje te znaleziono w guzach nowotworowych zlokalizowanych w klatce piersiowej? I że wywołują reakcje alergiczne? Czy spotkaliście się z ostrzeżeniem producenta, że szampon zawiera DMDM hydantoinę, która jest pochodną formaldehydu? Założę się, że nie. I nie ma co się dziwić, bo dewizą świata współczesnego jest hasło: " Jak zarobić, aby się nie narobić." I trzeba być tego cholernie świadomym. Nie ma się co oszukiwać, że firmy jakoś szczególnie troszczą się o nasze szczęście. Bardziej zainteresowane są naszymi pieniędzmi. Wypuszczają więc na rynek produkty spełniające normy bezpieczeństwa narzucane przez regulacje prawne i to tyle. A my, jako świadomi konsumenci, musimy potem wyłuskiwać te produkty, które są dla nas najlepsze i najbezpieczniejsze.

I nie musimy być nawet jakoś szczególnie obeznani w składach. Wystarczy zdrowy rozsądek. Bo jeśli coś mnie podrażnia, jeśli po jakimś mazidle boli mnie skóra, widzę wysuszenie etc. to jasne jest, że to odstawiam, a nie czekam na zmiłowanie boskie.




Być może mój post zostanie napiętnowany. Trudno, przeżyję to. Ale uważam, że każdy kij ma dwa końce i w takich sytuacjach, jak opisywana "afera odżywkowa" warto wziąć pod uwagę różne punkty widzenia.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Laminowanie włosów żelatyną by quench:)

Moda na laminowanie włosów żelatyną rozprzestrzeniła się w blogsferze, niczym zaraza:) Zastanawiam się, czy uchował się jeszcze ktoś, kto nie słyszał o najnowszej metodzie na pozyskanie pięknej, lśniącej kaskady włosów.
Jako, że metoda nie jest ani pracochłonna, ani nie wymaga posiadania w domu nadzwyczajnych środków pielęgnacyjnych (wystarczy łyżka żelatyny spożywczej oraz maska bądź odżywka do włosów), laminowaniem włosów zainfekowałam się i ja. Z tym, że ja laminowanie włosów przechodzę po swojemu:D

Standardowy przepis na laminowanie znajdziecie na blogu anwen  (w wielkim skrócie - jedną łyżkę żelatyny rozpuszczamy w trzech łyżkach gorącej wody i po ostudzeniu dodajemy do maski. Przygotowaną mieszankę nakładamy na umyte szamponem włosy i zostawiamy na minimum 40 minut. Po tym czasie maskę spłukujmy i cieszymy się odżywionymi włosami).

Moje włosy wyznają zasadę równowagi. Nie lubią czystych, samotnych protein, podobnie jak nie przepadają za samotnymi humektantami czy emolientami. Muszę więc równoważyć poszczególne składniki, bo inaczej moje włosy stroją fochy. A wierzcie mi - kręcone włosy z fochem, to nie jest przyjemny widok :P

Mieszanka do laminowania włosów mojego autorstwa wyglądała więc następująco:

  • 1 płaska łyżka żelatyny spożywczej,
  • 1/3 szklanki gorącej wody,
  • łyżka maski do włosów Garnier "Nutri Odbudowa",
  • kilka kropel kwasu hialuronowego,
  • niecała łyżka gliceryny,
  • łyżka oleju łopianowego.

Składniki mieszanki:)


Składniki wymieszałam w miseczce (wszytko pięknie się połączyło, a mieszanka miała konsystencję lekkiego kremu), nałożyłam folię na głowę, a całość owinęłam ciepłym ręcznikiem. Utrzymywanie ciepła jest ważne, bo chłodne powietrze może powodować ścinanie się maski. A wydłubywanie galaretki z włosów nie jest fajne, zaręczam;)

Mieszanka gotowa do nałożenia na włosy


W turbanie spędziłam 35 minut, po czym dokładnie wypłukałam włosy letnią wodą. Bałam się, że maź będzie ciężko schodziła, np. porobią się farfocle albo galaretowate gluty, ale na szczęście wszytko znakomicie się zmyło. Pozostało mi tylko poczekać, aż włosy naturalnie wyschną.

Efekt laminowania pozytywnie mnie zaskoczył. Przyznam, że bałam się, że moje włosy źle zareagują na proteiny i pojawi się przesuszenie. Nic takiego się nie stało - włosy po laminowaniu stały się jedwabiste w dotyku, miękkie (nie ma usztywnienia o którym czytałam na blogach), są zdecydowanie bardziej lśniące i mięsiste.
Foto kudełków poniżej:





Podsumowując - laminowanie okazało się bardzo fajnym pomysłem na dokarmienie włosów. Nie mam po nim tradycyjnego, proteinowego przesuszu wołającego o pomstę do nieba. Skręt się nie pogorszył, a nawet lekko poprawił, włosy nabrały miękkości i blasku. Polecam!

niedziela, 12 sierpnia 2012

Równi i... równiejsi

Dzisiaj poruszę pewien nieprzyjemny i dość kontrowersyjny temat dotyczący jakości obsługi w perfumeriach Douglas, Sephora i Marrionaud. Być może niniejszy post będzie kijem wsadzonym w mrowisko i posypią się na mnie gromy, ale szczerze - mam to głęboko w odbycie. Wychodzę z założenia, że gdzie jak gdzie, ale na swoim własnym blogu mogę pisać, co mi się żywnie podoba (oczywiście nie przekraczając granicy dobrego smaku) i poruszać nawet najmniej wygodne tematy.

Przejdźmy jednak do meritum sprawy... W perfumeriach Douglas/Sephora/Marionnaud kosmetyki kupuję od dobrych sześciu czy siedmiu lat. Wcześniej moja noga w nich nie postała z prostego powodu - w moim rodzinnym mieście takowych luksusów nie było:P Przeprowadzka do stolicy ten fakt oczywiście zmieniła. Mając swobodny dostęp do centrów handlowych oraz dysponując pewną ilością wolnego czasu, rozpoczęłam eksplorację perfumerii.
Obecnie swoje zakupy ograniczam do kilku z nich, zlokalizowanych w Złotych Tarasach, Arkadii, Galerii Mokotów, Wola Parku oraz Promenady. Nie jest tego dużo ale nakładanie kilometrów i krążenie po mieście 'bo chcę kupić/obejrzeć podkład" wydaje mi się bezsensowne. Jeśli chodzi o zagraniczne perfumerie, to odwiedzałam wyłącznie Douglasy w Barcelonie, Maladze i Sevilli. Ilość może i nie robi wrażenia, ale daje jakieś pojęcie o jakości obsługi w innych krajach...
No dobra, skupmy się jednak na rodzimych, a zasadniczo na 'warszawskich' perfumeriach.



Zacznę od sieci perfumerii Douglas, bo tej mam najwięcej do zarzucenia. Politykę sklepu mogę podsumować w jednym zdaniu: Staraj się zdobyć sympatię klienta wyglądającego na zamożnego, resztę olewaj.
Moje wizyty w Douglasie zwykle wyglądają następująco: wchodzę, obsługa od początku do końca mnie ignoruje (chyba, że coś kupuję, albo sama podchodzę i proszę o próbkę, odlewkę produktu, który mnie zainteresował - wtedy olać mnie się  nie da) czasami do moich oględzin dołącza pan z ochrony, który włóczy się za mną, niczym wyjątkowo napuszony pies obronny. 
Przebieg scenariusza w dużej mierze zależy od konkretnego Douglasa - totalna ignorancja panuje w Wola Parku (co akurat mi odpowiada, bo mogę spokojnie przyjrzeć się kosmetykom. Nie rozprasza mnie ani ochroniarz-cień, ani lustrująca mnie obsługa), natomiast zdecydowanie najgorszy, wręcz żenujący poziom obsługi uświadczymy w Złotych Tarasach. Tak moi kochani, to właśnie Douglas w Złotych Tarasach jest kwintesencją powiedzenia : "z dziada pan". Nie mam pojęcia, czy konsultantki przechodzą tam jakieś specjalne szkolenie celem wyłowienia ' wizualnie dobrych (czyt. kasiastych) klientów' i tylko wobec niech są uprzejme, czy może ja natrafiam na nie właśnie w te dni, w które mają wyjątkowo zły humor (czyżby kierownik ogłosił, że w tym miesiącu premii nie będzie?:)) Tak czy siak, o ile nie przyjdę tam ubrana w szpileczki, markowy  płaszczyk i torebeczkę od znanego projektanta, nikt (z wyjątkiem pana ochroniarza rzecz jasna) nie uzna mnie za godną ich jakże cennej uwagi. Dziwnym trafem Douglas ten cierpi na wieczny brak pojemników na próbki, niedobór giftów dorzucanych do zakupów etc. Tak jak już wspomniałam, sytuacja zmienia się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy z szarej myszki przeistoczę się w kobietę światową. Wtedy to konsultantki kłaniają mi się niemal w pas, ochroniarz nagle mówi mi "dzień dobry', wszyscy stają się życzliwi, mili i uśmiechnięci. Cóż za zaskakująca zmiana! Dosyć zabawną historię przeżyłam jesienią ubiegłego roku, kiedy to po pracy wstąpiłam na chwilę do Douglasa z nadzieją na otrzymanie próbki podkładu Clarins. Konsultantka mi odmówiła, twierdząc że nie mają już słoiczków. Traf chciał, że tego samego dnia miałam spotkanie, którego charakter wymagał ode mnie nienagannego, eleganckiego ubioru. Po spotkaniu wróciłam do rzeczonego Douglasa i próbkę podkładu otrzymałam. Razem ze sporą ilością darmowych saszetek z kremami/ balsamami  i innymi darmowymi pierdółkami:P
Od tego wydarzenia, Douglasa odwiedzam bardzo sporadycznie. Nie mam zamiaru dofinansowywać sieci perfumerii, która nie szanuje swoich klientów. Mam w dupie to, jaką politykę preferują, bo szacunek należy się każdemu, bez względu na wygląd czy status materialny*.
Co ciekawe,  odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że segregacja klientów na "lepszych" i "gorszych" jest domeną polskich perfumerii Douglas. Tak jak wspominałam, zdarzyło mi się odwiedzać hiszpańskie Douglasy i tamtejszy poziom obsługi jest zupełnie inny. Konsultantki i konsultanci są uprzejmi (ale nie namolni i służalczy, co mogłoby zmieszać klienta), nikogo nie zdziwi, jak wpadniesz do perfumerii w porwanych portkach i z rozwianym włosem. Albo inaczej - nie zdyskredytują ciebie na stracie, a podejdą i uprzejmie zapytają, w czym mogą pomóc.




Porzućmy jednak temat Doulasa i przyjrzyjmy się Sephorze. Nie wiem czy wiecie, ale w Polsce Sephora ma dłuższą tradycję niż Douglas. Pierwszą perfumerię Sephora otworzono w 1998 roku, podczas gdy Douglas zawitał do nas w roku 2001. I nie wiem, czy wynika to z dłuższego stażu pracy, co przekłada się na doświadczenie, czy może z odmiennej polityki firmy wobec klienta, ale biorąc pod uwagę jakość obsługi, Sephora bije Douglasa na głowę.
Nie zdarzyło mi się by obsługa Sephory potraktowała mnie z góry, nie zdarzyło mi się, by ktoś nie zaproponował mi pomocy albo ochroniarz chodził za mną krok w krok. Niezależnie od miejsca robienia zakupów (Złote Trasy, Galeria Mokotów, Wola Park) czy mojego ubioru/fryzury/makijażu, konsultantki traktowały mnie życzliwie. Pamiętam nawet sytuację, w której zdarzyło się, że dziewczynie obsługującej kasę skończyły się próbki, a ta, ku mojemu najwyższemu zdumieniu, pobiegła w głąb perfumerii, by zdobyć dla mnie choć jeden upominek. Nie powiem, było to bardzo, bardzo miłe.
Jeśli miałabym wybrać swoją ulubioną Sephorę, to będzie to perfumeria w Wola Parku. Nie mam nic do zarzucenia dziewczynom tam pracującym; powiem więcej - przez swoje swobodne, przyjacielskie nastawienie, pozwalają mi się rozluźnić i skupić na zakupach, jak w żadnej innej perfumerii.



Jeśli chodzi o Marionnaud, to z perfumerią to mam dość niewielkie doświadczenie. Wynika to z prostej przyczyny - w PL Marionnaud  dopiero raczkuje. Zdarza mi się jednak od czasu do czasu tam zajrzeć, głównie ze względu na częste promocje. Do jakości obsługi nie mam dużych zastrzeżeń, dziewczyny - zwłaszcza młodsze, są uprzejme, nie robią łaski że obsługują klientów, ochrona nie śledzi nas na każdym kroku. Ogólnie - jest ok, myślę że perfumeria ma wielki potencjał i mam nadzieję, że będzie dalej się rozwijać.

Podsumowując - mówię "tak" dla perfumerii Sephora i Marionnaud. Jeśli chodzi o Douglas to sieć powinna otrzymać zdrowego kopniaka w dupę, bo widać pozycja lidera na rynku sprawiła, że komuś przestawiło się coś pod kopułką.

*gdyby ktoś zaproponował mi i pani konsultantce zabawę: "pokaż mi swój PIT", to obawiam się, że wielka pani konsultantka minę miałaby nietęgą. To, że nie przychodzę wystrojona do perfumerii, jak szczur na otwarcie kanału, nie oznacza, że nie mam funduszy na zakupy:PPP

sobota, 11 sierpnia 2012

Zakupy

Mój dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem dwóch konkretnych działań: wizycie u ortodonty i zakupach. Wizytę sobie daruję (:P), a skupię się na rajdzie sklepowym:)
Nie miałam na niego zbyt wiele czasu, a i pogoda nie sprzyjała dłuższym przejażdżkom po mieście (gdzie podziało się moje lato?!). Zahaczyłam więc o drogerię Natura, drogerię Hebe (ha, drogeria ta awansuje na mojego lokalnego ulubieńca), sklep zielarski oraz Sephorę.

W Sephorze skusiłam się na podkład mineralny Bare Minerals w odcieniu Fairly Light N10. Jest to zdaje się najjaśniejszy odcień oferowany przez polską Sephorę (znając życie BM ma w ofercie jaśniejsze odcienie, ale wiecie - zdaniem dystrybutorów w Polsce bladych kobiet nie ma. Zapewne wyginęły niczym dinozaury. A jak jakiś relikt się uchował, to lepiej dla niego, by wtopił się w otoczenie maskując jasną facjatę ciemnym podkładem). Do podkładu przemiła konsultantka dorzuciła mi kilka próbek. Dwa zapachy - Acqua di Gioia Armaniego i Euphorię Calvina Kleina. Oba zapachy doskonale znam i bardzo, bardzo lubię. Armani to mój  faworyt i opłakuję  to, że obecnie nie mogę sobie pozwolić na kolejny flaszkę, natomiast Euphorię mam we flakonie 100 ml, którego nie lubię nosić w torbie ze względu na stosunkową dużą wagę. Tak więc pani z próbeczkami trafiła w sedno. Aha, otrzymałam jeszcze próbki szamponu, maseczki i serum Frizz-Ease John Frieda. Na co dzień  unikam takich silikonowych bomb, ale całkiem nieźle spisują się podczas wyjazdów, kiedy nie mam możliwości zafundować włosom głębokiego odżywiania w postaci maski, czepka i ciepłego ręcznika:)

Bare Minerals, Fairly Light N10 plus sephorowe próbki

Bare Minerals, Fairly Light N10 plus sephorowe próbki

Bare Minerals, Fairly Light N10

Bare Minerals, Fairly Light N10

Bare Minerals, Fairly Light N10

Bare Minerals, Fairly Light N10

Bare Minerals, Fairly Light N10

A jak mowa o próbkach, to bardzo podoba mi się polityka Sephory, gdzie klientów obdarowuje się gratisami niezależnie od tego, czy na zakupy wydali 50 zł, czy 500 zł. Wiadomo, że zdarzają się sytuacje, w których próbek jest mało, lub w ogóle nie ma, albo natrafimy na zołzowatą konsultantkę sępiącą nam giftu, ale jeśli mam być szczera, to takie sytuacje zdarzyły mi się może dwa, trzy razy. A Sephorę odwiedzam od co najmniej 6-7 lat. Co innego Douglas, w którym czuję się jak intruz, a moją prośbę o odlewkę podkładu panie kwitują parsknięciem i stwierdzeniem, że "nie ma słoiczków":P Ale ok, darujmy (chwilowo) ten temat i wróćmy do moich zakupów.

W drogerii Natura kupiłam serum Dermiki z serii Lily Skin. O linii pisałam w tym poście. Oczywiście zaraz po powrocie do domu otworzyłam serum i je obadałam. Wstępnie powiem tyle: jest leciutkie, bardzo intensywnie pachnie, szybko się wchłania i nieźle nawilża skórę.
Do koszyka trafił też płyn do pigmentów marki Kobo. Pigmentów nie mam zbyt wielu - raptem jeden chabrowy pigment Kobo oraz kilka mineralnych sypkich cieni Meow, ale na tradycyjnej bazie kiepsko się trzymają i szkoda, by się zmarnowały.

Serum rozjaśniające Dermika, Lily Skin oraz baza pod pigmenty Kobo

Serum rozjaśniające Dermika, Lily Skin oraz baza pod pigmenty Kobo


Do drogerii Hebe przybyłam z konkretnym zakupowym planem, który brzmiał: dorwać mleczną maskę Kallos. Kupiłam ostatni egzemplarz. Przy okazji nabyłam też maskę Stapiz Sleek Line do włosów farbowanych. Maska ma pojemność jednego litra i zastanawiam się, kiedy ją zużyję. Tym bardziej, że w łazience mam otwartych 5 innych masek i kilka odżywek...

Maski Kallos Latte oraz Stapiz Sleek Line do włosów farbowanych

Stapiz Sleek Line do włosów farbowanych. Pojemność 1l. Jak ja to zużyję?:)


Przy okazji w drogerii obejrzałam sobie szafę Revlon. Nie wiem, czy wiecie, ale wygląda na to, że do Polski dotarł w końcu podkład w piance Photoready Airbrush. Półki były wymiecione, ale testery się zachowały. Nie byłabym sobą, gdybym podkładu nie przetestowała. Chociażby na łapie:) Pierwsze wrażenie jest jednak rozczarowujące i już wiem, że rzeczonego podkładu nie chcę. Tym bardziej, że cena jest bardzo wygórowana - 69 zł. Co jest nie tak z  podkładem? Po pierwsze jest za ciemny (piszę o najjaśniejszym odcieniu Vanilla. Tak więc ekstremalne bladolice - Airbrush odpada!), po drugie - za bardzo drobinkowy - pokryta fluidem ręka świeciła mi jak 100-wattowa żarówka i po trzecie - jest bardzo widoczny na skórze. Może to i lepiej, że Revlon mnie nie skusił, bo i tak mam czym smarować swoją facjatę:P

Ostatnim miejscem do którego zawitałam podczas zakupowego rajdu, był sklep zielarski. Poszukiwałam wcierki do włosów Jantar, bo gotowe, bezalkoholowe serum jest  składnikiem niezbędnym do sporządzania mikstury stymulującej porost włosów mojego autorstwa (przepis zamieszczę w innym poście). Jantara nie dostałam, ale pocieszyłam się olejkami łopianowymi z Zielonej Apteki (Green Pharmacy). Nabyłam dwie wersje - 'paprykową', mającą na celu przyspieszenie porostu włosa, oraz 'skrzypową' - jej zadanie to powstrzymanie wypadania włosia. Z wrażenia zapomniałam o zakupie doskonałego zamiennika Jantara, czyli sprayu do włosów zniszczonych Green Pharmacy. Ehhh... Zdjęcia olejków nie będzie, gdyż zdechł mi aparat, ale olejki Wam zademonstruję przy okazji ich recenzji.

I to byłoby na tyle:) Zakupy mnie nawet zadowoliły, nie wydałam oszałamiająco dużo kasy (to dosłownie pryszcz w porównaniu do tego, co wydaje w ostatnim czasie na periodontologa i ortodontę:p), a skutecznie wypełniły braki w arsenale mazideł oraz zaspokoiły moje próżniacze zapędy:)))

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

NARS Sheer Glow Foundation na gorąco

Muszę przyznać, że Pan Listonosz dzisiaj mnie bardzo zaskoczył. Bo o godzinie 10 podjechał pod dom i wręczył mi paczuszkę nadaną do mnie w piątek. Przesyłki spodziewałam się najwcześniej we wtorek, a tu proszę:) Wyrwawszy Panu Listonoszowi paczkę z ręki, pognałam do domu i zrobiłam trochę zdjęć (tak, tak - jestem nienormalna).
Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne - podkład jest bardzo jasny (ale nie biały), podobny do True Matcha W1, z tym że zdecydowanie bardziej żółty. Przy nim ciepłe W1 wydaje się neutralne, a nawet trochę różowe o_O Myślę, że taki żółtek może całkiem ładnie kryć zaczerwienienia skóry, jak na przykład naczynka, czy plamy po pryszczach.
Niżej trochę zdjęć. Wybaczcie brak swatchy w świetle dziennym - musiałam już iść do pracy, więc nie dałam rady zrobić większej ilości zdjęć.










PS. Dzisiaj testowałam też podkład MAC-a Matchmaster (odcień 1.0) i spisał się całkiem dobrze. Byłam przekonana, że w przy temperaturze przekraczającej 30 stopni będę miała na buzi piękne ciasto, a tu nic. Podkład zaimpregnowany bambusem wytrzymał w stanie zupełnie przyzwoitym bite 9 godzin. Pozytywne zaskoczenie, bo tak jak wspominałam - podkładów MAC-a nie lubię i nie spodziewam się po nich niczego dobrego.

niedziela, 5 sierpnia 2012

NARS Sheer Glow - zapowiedź

Nars Sheer Glow od przynajmniej dwóch lat budził moje zainteresowanie. Oglądałam w internecie zdjęcia i wzdychałam. Do kupna zniechęcały mnie jednak dwie rzeczy - brak dostępności podkładu w PL oraz wysoka cena dochodząca 200 zł plus koszty przesyłki. Traf chciał, że ostatnio wytropiłam w sieci podkład za w miarę 'normalną' cenę (108zł) i nie mogłam z takiej okazji nie skorzystać...
W ciągu najbliższych dni kosmetyk powinien do mnie dotrzeć, więc spodziewajcie się relacji. Sama jestem niezmiernie ciekawa, jak kolorystycznie wypadnie obok True Matcha W1 (recenzja niebawem - muszę go jeszcze dokładniej obadać), który swoją jasnością wypada naprawdę bardzo, bardzo korzystnie. Na tyle, że obecnie jest dla mnie za jasny. Jestem w szoku, bo w całym swoim życiu spotkałam tylko jeden podkład, który nie pasował do mojej karnacji właśnie ze względu na nadmierną jasność (nie licząc podkładów białych).

Mój ci jest:)


Aha, przy okazji zakupów w salonie MAC (kupowałam pędzel do blendowania cieni numer 217, mój poprzedni egzemplarz zjadł kot o_O  - zdjęcie zdrajcy macie poniżej) poprosiłam o odlewkę podkładu Matchmaster.  Postanowiłam, że jutro rzucę go na głęboką wodę i przetestuję. Ciekawe, jak sprawdzi się w czasie upałów.
A jak już mowa o upałach, to chyba jestem dziwna, ale  z każdym dniem coraz bardziej mi odpowiadają i nie płakałabym, gdyby taka pogoda potrwała do końca sierpnia:)

Pogromca pędzli. Oczywiście nie zjadł żadnego z drapiących pędzli Inglota tylko połakomił się na pędzel MAC-a;/

Korres Pomegranate Foundation z bliska

Podkład Korres towarzyszył mi przez ostatni miesiąc czasu. Miałam go na sobie w upalne, letnie dni, jak i te chłodniejsze. Testowałam go z pudrem oraz solo, nakładałam na skórę przesuszoną chlorowaną wodą, jak i skórę wydzielającą sporo sebum. I doszłam już do takiego etapu, że z podkładem dobrze się znamy, toteż śpieszą do Was z recenzją:) Uprzedzam, że będzie sporo zdjęć:)

Opakowanie:

Miękka, praktyczna tubka z dzióbkiem. Dozowanie podkładu, to czysta przyjemność - możemy z chirurgiczną precyzją wyciskać pożądaną ilość podkładu. Całość zamknięta jest w estetyczny kartonik.








Konsystencja:

Gęsta, kremowa, a jednocześnie gładka i aksamitna. Podkład nie rozmazuje się, nie zbija w grudy, ani nie zasycha zbyt szybko. Idealnie sunie po skórze, co umożliwia nakładanie dowolnej ilości produktu - od cieniusieńkiej warstwy mającej na celu wyrównanie faktury skóry, po grubszą i bardziej kryjącą.



Efekt na skórze:

Fenomenalny! Podkład otula skórę aksamitnym woalem. Buzia jest jedwabista, pory są schowane, niedoskonałości zamaskowane, zmarszczki mimiczne, drobne strupki, naczynka czy zaczerwienienia po wypryskach porządnie zakamuflowane. Wykończenie jest satynowe (ale nie świecące czy mokre, jak w przypadku koreańskich bb kremów). Dla osiągnięcia pełnego matu wystarczy przypudrować buzię.
W czasie wykonywania makijażu podkład nie zasycha szybko, ale powoli zaczyna tężeć. U mnie utrwalanie się podkładu przebiega mniej więcej w ciągu pięciu minut. W tym czasie możemy dokonywać korekt makijażu, dokładać kolejne warstwy, ujmować podkład z tych miejsc, w których przypadkiem nałożyliśmy go za dużo itd. Po tym, jak podkład utrwali się, poprawki są już trudne do wykonania, bo mogą pojawić się brzydkie plamy.
W ciągu dnia Pomegranate nie warzy się na buzi, nie spływa, nie włazi w zmarszczki mimiczne czy pory. Ściera się równomiernie, nie "plackuje", nie prowokuje skóry do wydzielania dużych ilości sebum. Skóra wygląda czysto i świeżo.

Kolory:

I tu pies pogrzebany. Podkład dostępny jest w czterech kolorach:

 źródło


Mam oczywiście najjaśniejszy, czyli PF1. Niestety, odcień jest dla mnie za ciemny o półtora - dwa tony i odcina się od szyi. Nałożony cieniutką warstwą dawałby radę, gdyby nie oksydacja... Podkład utlenia się na buzi o mniej więcej pół tonu, co skutkuje tym, że zimą na pewno nie będę w stanie go używać. Wielka, wielka szkoda, bo właśnie z powodu zbyt ciemnego koloru, podkład puszczę w świat.

Korres Pomegranate Foundation PF1

Korres Pomegranate Foundation PF1

Korres Pomegranate Foundation PF1


Trwałość:

Podkład jest bardzo trwały. W upały, wspomagany pudrem bambusowym wytrzymywał do 6 godzin. W dni chłodniejsze pozostawał na swoim miejscu przez cały dzień, potrzebując ledwie przypudrowania na moim oleistym nosie. Spodziewam się, że na suchej i normalnej cerze można będzie obyć się bez pudru.


Zapychanie/wysuszanie skóry:

Podkład nie zapchał ani nie wysuszył mi cery. Mam wrażenie, że nawet utrzymywał odpowiednie nawilżenie na skórka. W odróżnieniu od innych podkładów o przedłużonej trwałości (np. Lancome Teint Idole Ultra 24h) nie miałam wrażenia ściągania czy obciążania cery.


Zapach:

Podkład pięknie, kwiatowo pachnie. Nie jest to zapach intensywny i uciążliwy, a subtelny i delikatny. Kompozycja zapachowa mnie nie uczuliła.

Wydajność:

Uzależniona od ilości nakładanego podkładu. W moim przypadku akurat wyśmienita, bo pomimo intensywnego użytkowania wątpię bym zużyła choćby 1/10 tubki.


Skład:

Ingredients: Aqua, cyclopentasiloxane, cetyl peg/ppg-10/1 dimethicone, caprylic/capric triglyceride, pentylene glycol, talc, sorbitan sesquioleate, dimethicone, ethylhexyl methoxycinnamate, polysorbate 20, glycerin, nylon-12, sodium chloride, hydrogenated polycyclopentadiene, disteardimonium hectorite, micro cristallina cera, isododecane, polymethylsilsesquioxane, xantham gum, helianthus anuus seed oil, sodium hyaluronate, rosmarinus officinalis extract, butylene glycol, punica granatum extract, tocopheryl acetate, disodium edta, parfum. [+/- (may contain) ci 77891 (titanium dioxide), ci 77491 (iron oxide), ci77492 (iron oxide), ci 77499 (iron oxide)].


Testowanie na zwierzętach:

Korres nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach. Wpisany jest na zieloną listę organizacji PETA.


Dostępność i cena:

Podkład stacjonarnie dostępny w perfumerii Sephora. Cena wysoka (podziękujemy Sephorze:P), bo sięgająca 160 zł.

Podsumowanie:

Naprawdę, bardzo dobry podkład. Początkowo żałowałam, że go kupiłam (bo gęsty, bo kryje całkiem mocno, bo wykończenie satynowe a nie płaski mat), teraz żałuję, że nie jest jaśniejszy. Polecam wszystkim fankom kremowych podkładów szukających przyzwoitego krycia, trwałości i lubiącym aksamitne wykończenie na buzi.