niedziela, 29 lipca 2012

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation z bliska

Podkład Make Up Atelier (MAP) jest jednym z najlepszych podkładów, jakich kiedykolwiek używałam. Urzekł mnie do tego stopnia, że zgromadziłam 3 butelki tego cudeńka - wszystkie na swój własny, prywatny użytek. Nie udało się to do tej pory żadnemu podkładowi (ba, nie zdarzyło mi się zużyć do końca żadnego z nich, nie mówiąc już o kupnie kolejnej tubki/butelki), co chyba jest najlepszym świadectwem.

Opakowanie:

Zwyczajna, plastikowa butelka. Muszę przyznać, że odrobinę rozczarowująca w swojej skromności. Srebrny napis z logo firmy ma tendencję do przecierania się, a przezroczysty korek od pompki - do spadania.
Wspomniana pompka nie zacina się, ale potrzeba odrobiny wyczucia, by wycisnąć z niej odpowiednią ilość podkładu - szczególnie jeśli chcemy wydostać malutkie ilości.
Plus jest taki, że butelka jest lekka i się nie potłucze, co ma znaczenie dla profesjonalistów dźwigających podkłady w swoich kuferkach.

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB
Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLW1NB i FLWPC


Konsystencja:

Lekka i kremowa. Podkład nie jest tak toporny w rozprowadzaniu, jak Illamasqua Rich Liquid Foundation, nie smuży się, idealnie rozprowadzą się zarówno palcami, gąbeczką, jak i pędzlem. Nic się nie wałkuje, nie osadza na włoskach, ani nie babrze. Nie zastyga też z prędkością światła, dzięki czemu mamy chwilę by popracować nad makijażem.

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWB


Efekt na skórze:

Zależny jest od wielu czynników - stanu nawilżenia skóry, rodzaju cery, osobniczej skłonności skóry do (nie)tolerancji silikonów, techniki nakładania etc.
Nie będę Was czarować - MAP nie jest podkładem przyjaznym i prostym w obsłudze. Wymaga dobrze nawilżonej cery,  czasami wspomożonej nawilżającą (ale nie natłuszczającą!) bazą oraz wprawnej ręki. Tylko wtedy uda się uzyskać odpowiedni efekt. Ale gra jest warta świeczki. MAP potrafi idealnie wygładzić skórę, ukryć pory, rozszerzone naczynka krwionośne, blizny potrądzikowe, zatuszować drobne zmarszczki. Daje efekt drugiej skóry - idealnie gładkiej, idealnie jednolitej, czystej wręcz przejrzystej. To istny photoshop w butelce.
Tyle, że tak jak wspomniałam, nakładanie wymaga precyzji, dobrego przygotowania skóry oraz... odrobiny szczęścia. Bo nie każda skóra polubi się z tak silikonową bombą. Moja, o ile początkowo ją tolerowała, teraz jej nienawidzi. Do tego stopnia, że podkład warzy mi się na buzi po pół godzinie od nałożenia. No cóż... Liczę jednak na to, że awersja kiedyś przejdzie i MAP ponownie wróci do łask.


Zapychanie/ wysuszanie:

Podkład mnie nie zapchał ani nie wysuszył, bo w czasie jego używania staranniej niż zwykle wykonywałam wieczorny demakijaż oraz nawilżałam skórę.


Trwałość:

Przypudrowany podkład trzyma się na twarzy cały dzień, czyli około 12 godzin. Teraz parę słów o wodoodporności, bo w sieci pojawiają się komentarze, że podkład nie jest wodoodporny. Otóż - MAP z całą pewnością jest wodoodporny. Nie zmyjecie go ze skóry samą wodą - potrzebne jest mydło, albo mleczko/micel/żel. To, że podkład spływa ze skóry, oznacza utratę przyczepności spowodowaną wydzielaniem przez skórę sebum. Sebum, które jest tłuszczem. A podkład nie jest tłuszczoodporny:P
Jeśli przed nałożeniem podkładu, potraktujemy buzię kremem, w którym są substancje tłuszczowe, też nie ma co liczyć na oszałamiającą trwałość. Podkład po prostu spłynie.


Kolory:

Paleta kolorów jest bardzo bogata. Dostępne są kolory nietypowe, np. zielony, biały,  które mogą posłużyć jako korektor, albo do zmiany odcienia innego podkładu.
Poniżej przykładowa tabelka z kolorami*:

Przykładowe kolory podkładu MAP. W zależności od dystrybucji na terenach danego kraju, oferta kolorów może różnic się od siebie.


Nazewnictwo kolorów podzielone jest z uwzględnieniem tonacji. Niżej mała ściąga**:

  • Y w oznaczeniu koloru - z domieszką koloru żółtego/dla cer ciepłych, opalonych/,
  • NB w oznaczeniu koloru - oliwka z szarością/dla cer chłodniejszych/,
  • B w oznaczeniu koloru - z dodatkiem różu /dla cer różowawych/
  • O w oznaczeniu koloru - tonacje cieple, ciemniejsze, typowe dla osób mocno opalonych, metysów, mulatów (rasy orientalne). 
Miałam 3 odcienie tego podkładu: FLWPC, FLW1NB oraz FLWB. Za najbardziej uniwersalny uważam FLW1NB będący bardzo jasnym, raczej neutralnym beżem. FLWPC polecam bladolicym o zdecydowanie różowej cerze.
FLWB to zaś idealny podkład do rozjaśniania innych, zbyt ciemnych fluidów. Trzeba tylko pamiętać o pewnej rzeczy - MAP lubi przekazywać swoje własności innym podkładom. Mówiąc inaczej - jeśli MAP sam w sobie nam nie służy, to dodanie go do ulubionego podkładu, zmieni jego trwałość, konsystencję na naszą niekorzyść. Mój biały MAP w tej chwili leży nieużywany, bo dodanie go nawet w minimalnej ilości do innego podkładu powoduje szybkie warzenie się i spływanie makijażu - tak jakbym użyła czystego MAP-u, bez domieszki.


Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWPC i FLW1NB

Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation FLWPC i FLW1NB



Zapach:

Nie ma kompozycji zapachowej. Wyczuć można tylko specyficzną woń silikonów.


Skład:

AQUA PURIFICATA (PURE WATER), CYCLOPENTASILOXANE PEG/PPG-18/18 DIMETHICONE, BUTYLENE GLYCOL, CYCLOMETHICONE DIMETHICONE, CROSSPOLYMER, CYCLOMETHICONE (AND) ALUMINIUM MAGNESIUM HYDROXIDE STEARATE, CYCLOMETHICONE, BIS-HYDROXYETHOXYPROPYL DIMETHICONE, IMIDAZOLIDINYL UREA, PHENOXYETHANOL, ETHYLPARABEN, METHYLPARABEN, BUTYLPARABEN,PROPYLPARABEN, ISOBUTYLPARABEN
(+/- may contain: CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77288)

Dostępność i cena:

Podkład do kupienia w sieci. Jego aktualna cena to 102 zł.


Podsumowanie:

Świetny, aczkolwiek bardzo wymagający podkład. Polecam raczej na specjalne uroczystości - sesje zdjęciowe, kolacje, śluby, wesela, czyli wtedy, kiedy zależy nam na trwałości i nienagannym wyglądzie. Na co dzień raczej odradzam, chyba, że macie zdrową, odporną na silikony skórę.

-------------------------------------------------------------------------------

Źródło: 
* http://www.makeupatelier.ie/product.php?product_id=16
**http://folaroni.com/sklep/podklady/372-wodoodporny-podkad-fluid-30ml.html

sobota, 28 lipca 2012

Czym pachnie quench

Nigdy nie byłam dobra w opisywaniu zapachów. Co nie oznacza, że nie jestem na nie wrażliwa. Wręcz przeciwnie - znajomi nieraz żartują, że mam węch czuły, niczym pies:P
Ma to swoje zalety (momentalnie wyczuję niezakręcony kurek z gazem, przypalającą się potrawę itd.) ale i wady. Jedną z nich jest to, że moce zapachy bardzo szybko mnie męczą. Dlatego trudno mi jest dobrać odpowiednie perfumy. Lubię zapachy słodkawe, nieprzytłaczające, ale też nie nadmiernie proste i cukierkowate. Fajnie kiedy wyczuwam w nich porzeczkę, cytrusy, miętę albo pieprz. Moim ulubionym zapachem (co nie znaczy, że ukochanym, bo na takowy jeszcze nie natrafiłam) jest Acqua di Gioia Armaniego. Zużyłam z cztery flakony tych perfum, aż w końcu zapragnęłam odmiany.
Zaczęłam więc przeglądać katalogi perfum i natrafiłam na bardzo popularny zapach  Halloween od Jesus del Pozo.






Zapach opisywany był jako zimny, tajemniczy, zmysłowy, nawet nieco mroczny.  Czyli coś idealnego dla mnie. Przyjrzałam się jeszcze nutom zapachowym:
  • nuta głowy: bergamotka, jaśmin, limonka, lipa, banan
  • nuta serca: magnolia, tuberoza, frezja, fiołek, gardenia, konwalia, różowy pieprz 
  • nuta bazy: drzewo sandałowe, wanilia, kadzidło, mirra
I kupiłam. Zdecydowałam się flakonik 50 ml, bo przy testowaniu nowych zapachów wolę nie ryzykować kupna większych pojemności. 50 ml zwykle starcza mi na miesiąc-dwa testów i dokładne zapoznanie się z pachnidłem.

No dobra, przejdę do zapachu... Po niezwykłych obietnicach, opisach przywołujących groby, śmierć, krew, mgłę i grozę, poczułam się rozczarowana. Tak - rozczarowana. Bo ja, owszem,  wyczuwam w nim fiołki, magnolię, nawet banana, ale ni jak nie odnajduję w tym zapachu magii i tajemnicy.
Halloween jest dla mnie zapachem prostym i przewidywalnym. Kwiaty, szczypta pieprzu, odległe nuty drzewa sandałowego i mirry. Nic odkrywczego. Nic tajemniczego. Nic zmysłowego. Zero zapachowego orgazmu, czy choćby podniecenia.
Co gorsza, na mojej skórze bardzo kiepsko się rozwijają. Zapach zlewa się w lekką, nieco mdłą i mydlaną woń, dziwnie podobną do fioletowego C-Thru (czyżby wybijała się bergamotka, jaśmin, wanilia i drzewo sandałowe?) Nie ma w nim chłodu, rześkości, krystalicznej czystości. Jest słodycz, kwiaty i mydełko.

Trwałość jest mizerna, ale to akurat moja osobnicza właściwość wynikająca najprawdopodobniej z suchej skóry. Na ciele zapach znika po maksymalnie 4 godzinach, ale o wiele dłużej utrzymuje się na ubraniach.

Flakon jest prosty, niezbyt wyszukany, ale charakterystyczny. Nie sposób go pomylić z innymi perfumami. Przypomina mi troszkę szklaną kopułę, pod którą ukrywa się coś cennego.







Podsumowując - Halloween to dla mnie zapach zbyt prosty i zbyt subtelny. Polecam go zwolenniczkom lekkich, słodkich i kwiatowych zapachów. Jeśli ktoś oczekuje po nich mroku, niejednoznaczności, niezwykłej głębi, może się bardzo rozczarować.

L'Oreal True Match W1- porcelain zdjęcia

Troszkę zdjęć mojego ostatniego nabytku, czyli podkładu L'Oreal True Match (wersja amerykańska) o odcieniu w1 porcelain.
Podkład testuję; dostrzegam już różnice, pomiędzy wersją rodzimą, a amerykańską. Opiszę to jednak w osobnym poście. Póki co zdjęcia w świetle dziennym, bo wcześniej wrzucałam jedynie fotki pstryknięte nocą, z włączonym flashem.
Ale już teraz mogę stwierdzić jedno - jeżeli podoba Wam się formuła europejskiego True Matcha i jedyną przeszkodą w używaniu był kolor, to śmiało możecie sięgnąć po zdecydowanie jaśniejszą wersję amerykańską.

Na zdjęciach zrobiłam porownanie z podkładem Lancome Teint Miracle w odcieniu 005 Beige Ivoire oraz Dermacolem Mousse Make-Up Cover 05. True Match jest o ton jaśniejszy od Lancome i mniej więcej o ton ciemniejszy od niemal białego Dermacolu. Przyznam, że kolor bardzo sensowny.







czwartek, 26 lipca 2012

Boli mnie ręka:P

Nie wiem czy o tym wspominałam, ale jestem alergikiem. Alergikiem specyficznym. Bowiem miesiącami nie mam objawów uczulenia, aż w końcu ... traach!:



Tak - ten spalony kawał mięcha na zdjęciu to moja ręka. A dokładnie przedramię. Potraktowałam je w niedzielę próbką kremu znalezioną w gazecie i stało się to, co się stało. Dermatolog stwierdził, że to bardziej przypomina poparzenie niż alergię:P
Co by to nie było, boli jak <niecenzuralne słowo> oraz piecze. Nie mogę spać, bo boli, zginanie i prostowanie ręki skutkuje tym, że skóra pęka i wycieka z niej płyn surowiczy wymieszany z krwią. Aaa - i jeszcze kurz i śmieci przyklejają się do szram. Dermatolog zabronił mi bandażowania ręki, bo "rana ma oddychać".  Uroczo, prawda?
Ale nie to mnie najbardziej wkurza. Najgorsi są bezmyślni ludzie, którzy non stop przepychając się w tramwaju/metrze/ autobusie,  uderzają mnie w chorą rękę. Tutaj chcę podziękować pewnej pani, która mając cały wolny chodnik zaczepiła mnie swoją torbą (nie wiem, jak tego dokonała) i zdarła mi z przedramienia płat skóry. Kiedy wrzasnęłam z bólu, pani łaskawie obejrzała się i widząc co zrobiła, szybko oddaliła się, nawet mnie nie przepraszając. Gratuluję poczucia przyzwoitości:P

L'Oreal True Match Foundation - wersja amerykańska

Tego podkładu chyba nie muszę nikomu przedstawiać. True Match jest sztandarowym podkładem L'Oreala, obecnym na rynku już od wielu lat i  cieszącym się niegasnącą popularnością.
Przyznam, że miałam w swoim posiadaniu chyba z 5 buteleczek tego podkładu. Nie dlatego, że urzekły mnie jego cudowne właściwości, ale ze względu na oferowane kolory. True Mach, jako jeden z niewielu podkładów, produkowany jest w szerokiej gamie kolorystycznej, pomysłowo posegregowanej wedle tonacji skóry (C - odcienie chłodne, N - neutralne, W - ciepłe). Usiłując więc dobrać dla siebie odpowiedni odcień, próbowałam po kolei każdego. Kiedy zdecydowałam, że najbardziej pasuje mi odcień N1, L'Oreal nieco odświeżył formułę i zmodyfikował kolory, co popchnęło mnie do nowych zakupów.

Przez długi czas spokoju nie dawała mi jednak amerykańska wersja True Matcha. Jak głosi legenda, amerykański podkład w niczym nie przypomina mutacji dostępnych na rynku europejskim. Począwszy od kolorów (amerykańskie miały być jaśniejsze), zakończywszy na własnościach samego podkładu.
Sprawa gnębiła mnie na tyle, że postanowiłam wziąć ją w swoje ręce i zamówiłam amerykańskiego True Matcha w odcieniu W1 porcelain.
Dzisiaj przyszła do mnie wyczekiwana przesyłka i powiem tylko jedno - WOW! jeśli chodzi o kolor. Bo kolorek ma bardzo ładny. Bardzo jasny, ciepły (ale nie pomarańczowy!) beż. Można rzec, że mleczny.

To tyle, jeśli chodzi o pierwsze wrażenia.  Od jutra zaczynam testy nagębne i zobaczymy, co podkład oferuje oprócz ślicznego koloru.

Amerykańska wersja True Match. Charakterystyczna butelka bez pompki.




L'oreal True Match, W1 porcelain

L'Oreal True Match, W1 porcelain

Widok dynamiczny bloggera - mały przewodnik po moim blogu cz.I

Widoki dynamiczne, jakie od jakiegoś już czasu proponuje nam Blogger, wbrew pozorom nie cieszą się dużą popularnością.
Nic w tym dziwnego, moim zdaniem nie są one ani przejrzyste, ani przyjemne w obsłudze. Zwłaszcza dla posiadaczy komputerów o małym monitorze, np. netbooków. Obsługa widoków dynamicznych wymaga też dość szybkiego łącza internetowego - na wolnym blog bardzo się tnie.

Charakterystyczne 'zamulanie' przy ładowaniu bloga:P


Widok dynamiczny ma jednak ważną zaletę - w przypadku poważnych błędów w kodzie html widoków klasycznych, których nie idzie w żaden sposób naprawić (wbrew pozorom jest to możliwe!), widok dynamiczny może być ostatnią deską ratunku dla bloga.
Tak stało się w przypadku mojego bloga. Podczdas próby zmian szablonu bloga, kod html dotyczący postów w blogu został skopiowany, co skutkowało sklonowaniem wszystkich postów. Teoretycznie powinno pomóc:
a) przywrócenie pierwotnych ustawień szablonu;
b) ręczna korekta kodu html, czyli usunięcie frazy dotyczącej zdublowanych postów,
c) zmiana kodu html tak, aby móc w projektancie szablonów wywalić gadżet ze zdublowanymi postami.

U mnie żaden z tych sposobów nie dawał rezultatów. Blogger ożył, wywalał dziwne komunikaty o jeszcze dziwniejszych błędach (poczułam się jak beta-tester jakiegoś Windowsa) a mnie szlag trafiał. W końcu poddałam się i włączyłam widok dynamiczny.

Do wyboru mamy kilka opcji wyświetlania (classic, flipcard, magazine, mosaic, sidebar, snapshot, timeslide). Najbardziej czytelny wydał mi się sidebar i ten widok zastosowałam.

Sidebar.

Sidebar przypomina nico układ strony, jaki oferują nam skrzynki pocztowe e-mail.
Po lewej stronie, w kolejności chronologicznej, umieszczone mamy wszystkie opublikowane posty. Po środku wyświetla się nam aktualnie czytany post (domyślnie jest to najnowszy wpis w blogu), po prawej stronie mamy coś w rodzaju 'menu podręcznego', czyli informacje o prowadzącym bloga, archiwum, obserwowanych blogach, etykietach itd. Irytujący jest fakt, że menu nie można rozbudowywać, a przynajmniej ja nie znalazłam takiej opcji.


Nawigacja między postami jest trochę niedopracowana. Jeśli chcemy szybko dokopać się do starych postów (z pominięciem grzebania w archiwum) z pomocą powinna nam przyjść zakładka z opublikowanymi postami - ta po lewej stronie.
Kiedy klikniemy na ostatni post widoczny na liście, post zostanie wyświetlony, a lista automatycznie przesunie się i wyświetlone zostaną jeszcze starsze posty. Niby ok, ale uważam, że zakładka powinna sama przesuwać się po najechaniu na nią kursorem. To znaczy - jeśli chcę przejrzeć archiwalne posty i kursorem najadę na pasek z postami, to pasek powinien przesuwać się zgodnie z ruchem kursora bez konieczności klikania w jakieś posty. Wędruję kursorem po liście w dół, bo chcę cofnąć się do starych postów - pasek przesuwa się sam i pokazuje mi stare posty, jadę kursorem w górę bo szukam 'świeżynek' z góry listy, lista przesuwa się do góry. Ani to trudne, ani skomplikowane:P

Blogger nie wpadł jeszcze na takie rozwiązanie i musimy klikać myszą, albo posługiwać się klawiaturą*. Najwygodniejsze są strzałki w bok (przeskakujemy pomiędzy pojedynczymi postami), albo literki K i J.


Jeśli mamy myszkę z rolką - ja mam netbooka i touchpada:P - listę postów można przewijać też za pomocą rolki.

To tyle na początek. W miarę, jak będę rozpracowywała widok dynamiczny, pojawiać się będą kolejne posty na ten temat:) Buziaki:*

* zapewne można dokonać korekt w szablonie, ale tutaj trzeba grzebać w edytorze html. Zabawa dla tych, którzy się na tym znają i nie boją się, że ich blog szlag trafi.

środa, 25 lipca 2012

Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising

Podczas dzisiejszych zakupów w Rossmanie moją uwagę przykuł nowy tusz marki Max Factor  Eye Brightening Tonal Black Volumising. Jest to tusz pogrubiający i intensyfikujący kolor naszej tęczówki.
Z ciekawości tusz kupiłam. Wersję do oczu zielonych (Black Ruby), bo właśnie takowe posiadam.

Przyznam, że nie rzuciła mi się wcześniej w oczy żadna reklama tego tuszu. Dopiero po spontanicznym zakupie poszukałam informacji w sieci i oto co znalazłam:


" Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara wydobędzie kolor twoich oczu. Dobierasz go kierując się barwą swojej tęczówki. To nie wszystko - nowy tusz do rzęs Max Factor także pogrubia rzęsy.

Formuła tuszu Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising Mascara łączy w sobie głęboki, czarny pigment oraz odpowiednio dobrane mikrocząsteczki, które rozpraszają i odbijają światło. Odcień drobinek współgra z kolorem tęczówki – dla brązowych oczu są jest to srebro, dla piwnych – złoto, dla zielonych – czerwień, a dla niebieskich - intensywny błękit. Dzięki temu świetlne refleksy tworzone przez drobinki wydobywają naturalną barwę tęczówki.

Mascara Max Factor Eye Brightening Tonal Black Volumising stworzona została na bazie wody i wosku, dzięki czemu idealnie pokrywa rzęsy na całej ich długości. Pogrubia rzęsy, a sama szczoteczka znakomicie dopasowuje się do profilu oka i ułatwia nakładanie tuszu.



Możesz wybierać spośród 4 odcieni:
 

Black Ruby – dla oczu zielonych
Black Sapphire – dla oczu niebieskich
Black Gold – dla oczu piwnych
Black Pearl – dla oczu brązowych."





Miałam już wcześniej kolorowe tusze firmy Sensique: zielony oraz fioletowy i efekt był piorunujący. Kolory tuszy były intensywne, toteż moje rzęsy po pomalowaniu miały głęboką, soczystą barwę bakłażana oraz trawy. Jestem ciekawa jak wypadnie przy nich maskara od Max Faktor.
Póki co - trochę swatchy:






poniedziałek, 23 lipca 2012

Babydream fur Mama, Wohlfuhl - Bad, balsam do kąpieli

Balsam do kąpieli Babydrem jakoś od pół roku znajduje się na szczycie listy  moich ulubionych myjadeł. Kupiłam go przypadkiem podczas poszukiwań łagodnego żelu pod prysznic. Rzuciłam okiem na skład, potem na cenę, na pojemność, znowu na cenę i balsam trafił do koszyka z zakupami. Od tej pory jesteśmy nierozłączni:)




Opakowanie:

Prosta, różowa butelka o pojemności 500 ml z wygodny zamknięciem - klapką. Otwór wylotowy jest sporawy, dlatego trzeba trochę uważać, by nie wylać na dłoń czy do wody w wannie zbyt dużej ilości balsamu.

Na zdjęciu poniżej w sąsiedztwie niebieskiego żelu Babydream - mojego drugiego ulubionego preparatu myjącego.





Konsystencja:

Rzadki, białawy płyn, nieco przypominający emulsję. Balsam jest aksamitny, nawet lekko oleisty, ale - o dziwo - zupełnie się nie tłuści. Niektórzy narzekają na jego wodnistość, ale osobiście cieszę się, że balsam jest jaki jest - przynajmniej nie jest naszprycowany zagęszczaczami.

Działanie:

Balsam jest bardzo łagodny dla skóry. Jako alergik stosunkowo często borykam się z AZS i wtedy muszę zwracać szczególną uwagę na to, co nakładam na skórę. Babydream nigdy mnie nie podrażnił, nie uczulił, nie zaognił istniejących  zmian, ani nie przesuszył. Ba, mam wrażenie, że wręcz wycisza skórę, koi ją i nawilża. A przy tym bardzo dobrze oczyszcza  z brudu.
Używam go jako żelu pod prysznic, płynu do higieny intymnej i jako szamponu.
Jako szampon spisuje się rewelacyjnie - nieźle się pieni (ale trzeba być świadomym, że nie uzyska się takiej piany, jak przy szamponach z silnymi detergentami), łagodnie myje włosy, nie wysusza skalpu, nie powoduje łupieżu, ani nie obciąża moich kręconych włosów. Ba, mam wrażenie że wspomaga definiowanie się na moich włosach łagodnych korkociągów:)

Zapach:

Delikatny, słodki i pudrowy. Nie wszystkim musi przypaść do gustu, ale ja go uwielbiam. Moje jedyne zastrzeżenie jest takie, że mógłby być mniej intensywny, czyli kompozycja zapachowa mogłaby znajdować się niżej w składzie.

Skład: 

Skład kosmetyku: Aqua, Glycine Soja (Soybean) Oil, Sorbitol, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Cocamidopropyl Hydroxysultaine, Parfum, Sodium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glycerin, Whey Protein, Lactose, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Polyglyceryl - 10 Laurate, Polyglyceryl - 2 Laurate, Glyceryl Caprate, Xanthan Gum, Tocopherol, Citric Acid. 


Testowanie na zwierzętach:

Rossman od pewnego czasu nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach, a więc balsam jest kosmetykiem cruelty free.


Cena:

Ok. 10 zł.


Dostępność:

Wyłącznie drogerie Rossman.


Podsumowanie:

Jeśli szukacie taniego, łagodnego żelu do mycia ciała albo łagodnego szamponu, czy nawet żelu do mycia buzi, to z czystym sumieniem polecam Wam balsam Babydream. Osobiście nie znalazłam niczego lepszego dla mojej alergicznej, wymagającej skóry. Spokojnie mogę go porównać działaniem do takich produktów jak Oilatum Soft czy Emolium. Z tym, że Babydream jest dużo tańszy:)

niedziela, 22 lipca 2012

Frustracja

Moja frustracja sięgnęła zenitu. Szablon mojego bloga mogę uznać za stracony. A właściwie nie tyle szablon, co układ strony. Mówiąc prościej - blogger skopiował sobie podwójnie widget "posty bloga", zapamiętał to sobie i nie ma możliwości usunięcia tego. Nawet edytując kod html O_O



Tak więc stary widok bloga pożegnałam i niechętnie przyzwyczajam się do "widoku dynamicznego".

Blogger zdechł

Blogger sypnął mi się dokumentnie. Nie mogę przywrócić szablonu z kopii zapasowej, nie mogę wrócić do standardowych ustawień, nie mogę zmienić wyglądu szablonu, układu kolumn itd. Co ciekawe w tradycyjnych szablonach blogger kopiuje mi dwa razy miejsce na posta, więc wszystkie posty są zdublowane. Czyste szaleństwo O_O


Póki nie ogarnę tego syfu nie będę dodawać nowych postów. I przepraszam Was za powstały burdel. Ściskam Wszystkich i mam nadzieję, że niedługo wrócę do pisania:*

Znowu coś się zepsuło:P

Tak jak w tytule posta. Znowu mój szablon bloga szlag trafił. Z nieznanych mi powodów wszystkie linki zrobiły granatowe o_O Chociaż w opcjach szablonu mam zaznaczony zupełnie inne kolory i inną czcionkę:P To co widzę na monitorze zupełnie mi się nie podoba:( Jakieś sugestie?

Edit:
Zaraz szlag mnie trafi! Standardowe szablony nie chcą działać, niestandardowe/ nieoficjalne wymagają  edycji html. Grrr... Blog będzie dzisiaj wariował, więc nie przejmujcie się:)

Oni są wszędzie...



Post z serii 'nietypowych'. Traktować będzie on bowiem o koncernie kosmetycznym L'Oreal . Dlaczego właśnie o nim? Dlatego, że L'Oreal testuje swoje produkty na zwierzętach, o czym nie wszyscy wiedzą (nie wiem jak to możliwe, ale jak się okazuje, niektórzy wciąż żyją w tej błogiej nieświadomości). Dzisiejszy wpis ma pomóc wszystkim tym, którzy chcą unikać bądź zrezygnować z kupna kosmetyków testowanych na zwierzętach. Będzie to lista firm podległych L'Orealowi, a jest ich zatrważająca ilość. 

Żeby było jasne – nie jestem hipokrytką. Na moim blogu jest pełno kosmetyków testowanych na zwierzakach i przyznaję się do tego bez bicia. Dlaczego je kupuję? Nie będę kłamać i zasłaniać się jakimiś pustymi frazesami – kupuję z czystej próżności. Owszem, podjęłam dość radykalne kroki ku temu, by zmniejszyć ilość produktów, których produkcja wiązała się z cierpieniem zwierząt, ale póki co nie jestem w stanie zrezygnować z wszystkich.
Niniejszym postem nie zamierzam też nikogo przekonywać do zajęcia określonego stanowiska w sprawie testowania kosmetyków na zwierzętach. Każdy ma swój rozum, swoje sumienie i swoje serce – niech się więc tym kieruje.


Marki grupy L'Oreal*:

Kosmetyki profesjonalne:

  • L'Oréal Professionnel,
  • Kerastase,
  • L'Oreal Technique,
  • Matrix,
  • Mizani,
  • Redken,
  • Kéraskin Esthetics,
  • Shu Uemura Art of Hair,
  • PureOlogy,

Kosmetyki popularne:

  • L'Oreal Paris,
  • Garnier,
  • The Body Shop,
  • Maybelline New York,
  • Softsheen Carson,
  • Le Club des Créateurs de Beauté,
  • Gloria Vanderbilt Perfums,
  • Harley Davidson Perfums,

Kosmetyki selektywne:

  • Biotherm,
  • Cacharel,
  • Giorgio Armani,
  • Helena Rubinstein,
  • Kiehl's since 1851,
  • Lancome,
  • Paloma Picasso,
  • Ralph Lauren,
  • Shu Uemura,
  • Victor & Rolf,
  • Diesel,
  • Lanvin,
  • Guy Laroche,
  • Yves Saint Laurent,
  • Stella McCartney,
  • Boucheron,
  • Oscar de la Renta,
  • Ted Lapidus,
  • Jacques Fath,
  • Yue-Sai
  • Maison Martin Margiela
  • Mary Kay


Kosmetyki aktywne:

  • Laboratoires Vichy,
  • La Roche-Posay,
  • Skinceuticals,
  • Inneov,
  • Sanoflore,
  • Roger & Gallet
  • Ombrelle


Jako, że L'Oreal jest spółką akcyjną, akcje rozkładają się na poszczególnych akcjonariuszy. Tutaj warto wspomnieć, że 26,4% akcji L'Oreala posiada dobrze wszystkim znane... Nestle!
Natomiast L'Oreal zgarnia 10, 41% akcji grupy farmaceutycznej Sanofi-Aventi**. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że to wicelider polskiego rynku farnaceutycznego. No-spy chyba nikomu nie muszę przedstawiać, co?:)





 * Informacje zaczerpnęłam z Wikipedii

**Nie namawiam nikogo do rezygnacji z leków, bo były one testowane na zwierzętach! Informację o Sanofi-Aventi zamieściłam tylko jako ciekawostkę, a nie krytykę tego, że ludzie leczą się preparatami testowanymi na zwierzakach.


sobota, 21 lipca 2012

Trafił mi się jasny... bubel

Nic mnie tak nie wkurza, jak sytuacja w której mój wymarzony, wyśniony kosmetyk okazuje się szajsem nadającym się tylko do wyrzucenia. Jako, że spontanicznie kupuję duże ilości kolorówki, a moja skóra należy do wymagających, często właśnie mnie to dotyka.



Jedną z moich najbardziej spektakularnych porażek jest podkład Dermacol Mousse Make-up Cover. Podkład wyhaczyłam na blogach kosmetycznych, gdzie zbierał stosunkowo dobre opinie. I do dzisiaj zachodzę w głowę, czy podkład opisywany był w samych superlatywach, bo pochodził ze współpracy dystrybutora z bloggerkami, czy faktycznie odpowiadał ich cerom... Nie chcę tu nikogo oskarżać o nierzetelność recenzji, po prostu w głowie mi się nie mieści, że podkład ten może komukolwiek odpowiadać.

Ale dajmy temu spokój. Podkład zobaczyłam, spodobał mi się odcień 05 i postanowiłam go zakupić. Szczęście uśmiechnęło się do mnie, bo okazało się, że jedna z wizażanek już go nabyła i stwierdziła, że z chęcią się ze mną podzieli. W ten oto sposób weszłam w posiadanie pokaźnej próbki Dermacolu. Przystąpiłam więc do testów...

Opakowanie

Szklany słoiczek. Jako posiadaczka testerka, nie miałam okazji go podziwiać. Zdjęcie macie poniżej:)  Jak na mój gust, słoiczek urodą nie grzeszy, ale nie jest też jakoś szczególnie szpetny. Mieści 13 ml produktu.



Kolor

Jedyna zaleta podkładu. Tak jak pisałam, testowałam odcień 05, czyli bardzo, bardzo jasny beż. Dla mnie tak właśnie powinien wyglądać odcień porcelanowy. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której odcień ten byłby zbyt ciemny. Albo inaczej - nigdy nie spotkałam osoby o tak jasnej skórze, by 05 ją przyciemniło.
Popatrzcie tylko:




Konsystencja

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by nazwać to coś "musem". Bo mus to na pewno nie jest. Prędzej twardawa i treściwa pasta wlana do słoiczka:P Naprawdę, testowałam podkłady w musie takich marek jak Maybelline, Catrice, Essence, Rimmel, Clarins, Bourjois, Golden Rose, Wibo czy Revlon i zapewniam Was, że podobne są one do Dermacolu mniej więcej w takim stopniu, jak motyl do słonia.  Jedyne do czego mogę przyrównać teksturę Dermacolu, to ...pasta do butów. Poważnie.

Rozprowadzanie/ wygląd na skórze

Rozprowadzenie tej pasty... ups! musu, to dla mnie katorga. Nie lubię podkładów gęstych i ciężkich, a Demacol taki właśnie jest. Żeby go porządnie rozetrzeć zmuszona byłam wręcz naciągać skórę! A musicie wiedzieć, że jakość makijażu zależna jest właśnie od prawidłowego nałożenia Dermacolu. Jest to bowiem podkład mocno kryjący i wszystkie niedociągnięcia są od razu widoczne.
Jeśli jakimś cudem uda się Wam prawidłowo go nałożyć, to przy odrobinie szczęścia możecie liczyć na pokrycie przebarwień i ujednolicenie cery. I tyle.
Jeśli zaś macie suche skórki czy strupki, to spodziewajcie się wręcz mistrzowskiego ich podkreślenia. Nie wierzycie? Spójrzcie tylko:



Podkreślona każda linia, każda nierówność i każda skórka. Brawo!


A to tylko ręka. Na której skóra nie jest specjalnie przesuszona.

Trwałość

Wręcz porażająca. Podkład zaledwie po półgodzinie warzy się na skórze, świeci jak psu...oczy, włazi w zmarszczki, pory i wszelakie zakamarki skóry.  Próby przypudrowania nic nie dają, jedynym wyjściem jest zmycie paskudztwa.

Zapychanie

Pod tym względem Dermacol przeszedł sam siebie. Zapchał mnie zaledwie po tygodniu używania (w sumie nie wiem, skąd wzięłam anielską cierpliwość do jego używania). To czyn warty odnotowania i zapamiętania, bo nie udało się to wodoodpornemu podkładowi Illamasqua czy Make Up Atelier Paris.

Zapach

Nie wyczuwam żadnej kompozycji zapachowej. Podkład co najwyżej śmierdzi silikonami.


Cena i dostępność

Dostępny w sklepach internetowych za cenę około 32 zł.



Podsumowanie

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Poza pięknym kolorem nie znajduję w tym podkładzie żadnych pozytywnych cech. Żadnych. Jedyne z czego się cieszę, to fakt, że otrzymałam próbkę i nie kupiłam tego shitu.