wtorek, 26 czerwca 2012

Warkoczowe wariacje:)

Post z serii niekosmetycznych. Będzie o włosach. Moich włosach.

Zawsze marzyłam o lśniącej, prostej tafli włosów. Niestety, natura obdarzyła mnie włosami kręconymi, o dużej porowatości, skłonnymi do puszenia się, wywijania we wszystkich kierunkach, sterczenia według własnego 'widzi mi się', elektryzowania itd.  Początkowo walczyłam z naturą -  w ruch poszła prostownica i suszarka. Po dwóch latach ciągłego maltretowania, moje włosy przypominały spalone siano i musiałam je obciąć na króciutko. Krótkie włosy nosiłam przez blisko 10 lat. W końcu postanowiłam je zapuścić, przyłożyć się do pielęgnacji i...pokochać.

Miłość jest jednak trudna. Nie lubię, kiedy włosy wchodzą mi do oczu, a niezdyscyplinowane pasma fruwają wokół twarzy. Inna kwestia, że z racji wykonywanego zawodu, higieniczniej jest związać włosy, niż narażać się na to, że będą oblepione wydzielinami pacjentów:P

Najprostszym rozwiązaniem byłby kucyk. Niestety, po związaniu włosów w koński ogon, wyglądałam jakby do mojej głowy doczepiony był bezkształtny, pokręcony twór.  Podobnie rzecz się miała z koczkiem. Kiedy przeglądałam magazyny z propozycjami upięć, szlag mnie trafiał, bo odnosiłam wrażenie, że wszystkie upięcia dedykowane są dla włosów prostych... Tutaj fryzurka podkreślająca cięcie, tam propozycje fantazyjnego kucyka. Dla siebie nie mogłam nic znaleźć:P

I wtedy koleżanka podsunęła mi pomysł, by splatać włosy w  warkocz dobierany.

źródło:http://i.love.fashion.pinger.pl/m/7349066

źródło: http://i.love.fashion.pinger.pl/m/7349066


Początkowo myślałam, że kręcone włosy i warkocz, to kiepski pomysł. Bo będzie się plątać, bo nie dam rady wyciągać pojedynczych pasm włosów itp.  Nic bardziej mylnego!
Jak się okazało, naturalna porowatość włosów kręconych jest sprzymierzeńcem przy tworzeniu warkocza dobieranego. Włosy nie wymykają się, wplecione w warkocz posłusznie siedzą na swoim miejscu, nic nie wysuwa się ani nie rozplata.
Niżej moje wariacje na temat warkocza dobieranego:




Trochę potargany:) Ale miał już parę dni, więc proszę o wybaczenie:)


Przyznam, że szalenie podobają mi się takie warkocze. Uważam, że to świetna propozycja nie tylko na co dzień, ale także na większe uroczystości - kolacje, śluby, wesela. W zależności od pomysłu i sprawności manualnej można uzyskać bardzo wiele fryzurek - od najprostszego "francuza", po bardzo wymyślne upięcia.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Madara Deco Face Moon Flower Tinting Fluid

Dwugodzinne wygibasy w mieszkaniu celem złapania zasięgu i walka z bloggerem (samowolna kompresja zdjęć) opłaciły się - udało mi się wstawić notatkę:):) Hura, hura hura! Zapraszam więc do lektury.

W ostatnim czasie przeżywam fascynację kremami tonującymi do twarzy. Wymusiła to moja skóra, czyniąc z podkładami istne cuda - nie wiem co się dzieje, ale w ostatnim czasie każdy podkład, jaki ląduje na twarzy, zaledwie po godzinie warzy się, włazi w zmarszczki mimiczne, tłuści się i spływa. Puder tylko pogarsza sprawę - niemal natychmiastowo tworzy tzw. "ciasto" :(
Postanowiłam więc sięgnąć po lżejsze alternatywy, czyli kremy tonujące. W moje ręce wpadły 3 cuda - Madara, którą dzisiaj opiszę, krem tonujący Living Nature, który musi cierpliwie poczekać w kolejce na recenzję oraz krem ze stajni Ireny Eris do skóry wrażliwej Sensigenic. Ten ostatni okazał się bardzo, bardzo ciemny, toteż powędrował do mojej mamy, która ma zdecydowanie ciemniejszą cerę niż ja.



Daruję sobie przytaczanie licznych obietnic producenta i opiszę, jak się sprawy mają.
Fluid zamknięty jest w białym, estetycznym opakowaniu z pompką, zawierającym 50 ml kremu. Pompka nie zacina się, precyzyjnie dozuje fluid, nic nie rozmazuje się, nie lepi ani nie spływa.



  Sam fluid ma leciutką, aksamitną konsystencję. Rozprowadza się idealnie - tak jak porządny krem nawilżający. Odcień, który posiadam, to Moon Flower, chłodny beż z zatopionymi milionami drobinek. Początkowo przestraszyłam się, bo kolor wydawał się dla mnie zdecydowanie za ciemny. Na szczęście po rozsmarowaniu idealnie wtapia się w moją bladą buzię. Dla osób o ciemniejszej i cieplejszej karnacji bardziej odpowiedni może okazać się odcień Sun Flower.
Poniżej swatche odcienia Moon Flower z flashem i w świetle dziennym:











Fluid kryje niedoskonałości w stopniu minimalnym. By ukryć zaczerwienienia, czy inne defekty cery, potrzebny jest korektor. Drobinki rozświetlające zmiękczają rysy twarzy, optycznie wygładzają zmarszczki i dodają blasku cerze.
Krem bardzo dobrze nawilża skórę, pozostawiając ją gładką i elastyczną. Trochę obawiałam się wysuszającego działania alkoholu (vide skład), ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie.
Madara nie zapycha porów, nie tłuści się, wchłania się do przyjemnej dla oka satyny. W ciągu dnia nie ciemnieje, nie warzy na skórze, nie migruje do zmarszczek.
Co jeszcze? Fluid pachnie bardzo intensywnie. Jest to zapach typowo ziołowy, dla mnie niezwykle przyjemny. Przeciwniczki ziołowych aromatów mogą być jednak niezadowolone.
Podsumowując - Madara podbiła moje serce. Efekt, naturalny skład, wyczuwalne odżywienie skóry sprawia, że bardzo często sięgam po ten kosmetyk i z czystym sumieniem mogę go polecić.

Niżej skład dla zainteresowanych:

Aqua, Alcohol, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil*, Rosa Damascena (Rose) Distillate*, Glycerin*, Theobroma Cacao Seed (Cocoa) Butter*, Cetearyl Alcohol, Hypericum Perforatum (St. John`s Wort) Extract*, Calendula Officinalis (Calendula) Extract*, Chamomilla Recutita (Camomile) Extract*, Algae Extract, Plantago Major (Plantain Leaf) Extract*, Cetearyl Glucoside, Capryloyl Glycine, Stearic Acid, Potassium Hydroxide***, Xantan Gum, Aroma**, Citral**, Eugenol**, Limonene**, Linalool** [+/- (may contain), Mica (CI 77019), Titanium Dioxide (CI77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)]***.
*składniki pochodzące z rolnictwa ekologicznego,
**naturalne olejki eteryczne,
*** substancje nieorganiczne lub/i czyste mineralne pigmenty.

Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma:)

Kochani, mam urlop. Zaszyłam się w lesie na ponad 2 tygodnie, co jest powodem mojej nieobecności na bloggerze.
Próbowałam dodawać posty, ale niestety - drzewa pokonują mojego blueconnecta i wczytywanie zdjęć do recenzji staje się niemożliwe:( A co to za recenzje bez zdjęć...Dałam się więc na spokój;P
Do blogowania wracam za 2 tygodnie. Wtedy pojawią się recenzje bb kremów: wspomnianej przeze mnie Misshy oraz BB kremu marki Illamasqua, podkładów MAP, kremów tonujących Madara i Living Nature. Tyle na początek;)
Tak więc pozdrawiam i do usłyszenie za dwa tygodnie:)

piątek, 22 czerwca 2012

Poszukiwany... jasny podkład! cz.II

Dzisiaj kilka kolejnych swatchy z jasnymi podkładami. Dodatkowo jest na nich jeden z najbardziej popularnych bb kremów - Missha M Perfect Cover BB Cream, 13 Milky Beige. BB krem pojawił się w zestawieniu celowo, bowiem na wielu blogach przeczytać możemy, że odcień 13 jest bardzo jasny. Jasny jest, ale czy tak "bardzo"? Hmnn... Osobiście nie podniecam się, bo moim zdaniem nie ma czym. Odcień ten pasować będzie posiadaczkom bladych cer, ale nie bardzo, bardzo jasnych:





Na swatchach przewija się też podkład Make Up Atelier Paris Waterproof Liquid Foundation. Jest to jedyny podkład, który trafił do mojej kosmetyczki aż w trzech egzemplarzach, w związku z czym zasłużył na osobną recenzję. Pojawi się ona już wkrótce:)

czwartek, 21 czerwca 2012

Nie wszytko złoto, co się świeci

Czy zdarzyło się Wam kiedyś kupić kosmetyk, tylko ze względu na jego piękny wygląd? Pomimo, iż miałyście świadomość, że to totalny bubel i jedyną jego wartością jest zaspokojenie własnej próżności?
Tak właśnie jakiś czas temu zakupiłam podkład Lancome Teint Miracle. Żeby było śmieszniej, już wcześniej miałam ten podkład i wiedziałam, w co się pakuję. Niestety, przepiękna butelka i przepiękny odcień 005 (nowość na naszym rynku) przyćmiły mi rozum. I kupiłam.





Podkład zamknięty jest w ślicznej, smukłej buteleczce z pompką. Butla jest szklana, swoje waży, ale wygląda przeuroczo. Pompka pracuje bez zarzutu, nie zacina się, w razie konieczności można ją odkręcić.

No i tyle plusów. Bo teraz przejdę do działania.

Podkład jest niby rzadki, niby lekki, ale dziwnie nieprzyjemnie rozprowadza się na skórze. Wyczuwam w nim pewną.... toporność. I tu już krok od robienia sobie plam na twarzy. Jako, że mam doświadczenie w posługiwaniu się nawet najbardziej szajsowatymi podkładami, dziwaczna konsystencja Teint Miracle nie stanowiła dla mnie większego wyzwania. Ale podkreślania rozszerzonych porów, zmarszczek mimicznych, wynajdywania suchych skórek nie mogłam mu wybaczyć. Co więcej, podkład po dwóch, trzech godzinach warzył mi się na twarzy i co tu dużo kryć - wyglądał paskudnie. Obiecane przez producenta rozświetlanie tylko pogarszało całościowy efekt....
A jak już mowa o rozświetlaniu, to muszę wspomnieć o pewnej cesze Teint Miracle. Otóż podkład jest wręcz nasycony drobniutkimi, rozświetlającymi drobinkami. Są one na tyle zmikronizowane, że kosmetyk wydaje się wręcz perłowy. Jeśli uważnie przyjrzycie się zdjęciu poniżej, zobaczycie, że podkład opalizuje:



Wygląda to świetnie w butelce, ale niestety - nie na mojej twarzy:( Na skórze nie widać co prawda drobinek, ale całość wygląda tłusto i nieświeżo.  A nie o takie rozświetlenie mi przecież chodzi.



Powyżej prezentacja odcienia 005 na wierzchu dłoni. Odcień piękny, bardzo jasny, idealny dla porcelanowych cer.  Podkład celowo roztarłam, aby pokazać wam, jak podkreśla włoski i wysuszoną skórę.

Cóż, podkład kupiłam, pozachwycałam się pięknym opakowaniem przez parę dni, przez kolejnych parę roztrząsałam się nad jego wadami, aż puściłam go w świat. Mam nadzieję, że nowa właścicielka jest z niego bardziej zadowolona:)

środa, 20 czerwca 2012

"T" jak trądzik, czyli o Pharmaceris T, Sebo - Almond Peel 10% słów kilka...

Linia Pharmaceris T przeznaczona jest do skóry przetłuszczającej się, ze zmianami zapalnymi, zaskórnikami, rozszerzonymi porami oraz przebarwieniami. W skład serii wchodzi cały arsenał dermokosmetyków; mnie jednak zainteresował tylko jeden: krem na noc Sebo-Almond Peel 10%.



Parę słów od producenta:
"Krem złuszczający z 10% zawartością kwasu migdałowego rekomendowany jest do specjalistycznej kuracji przeciwtrądzikowej. Wysoka zawartość kwasu migdałowego intensywnie złuszcza i regeneruje naskórek, poprawiając stan skóry trądzikowej. Dzięki specjalistycznie opracowanej recepturze krem rozjaśnia nieregularne przebarwienia powierzchowne i pozapalne. Polecany jest również do stosowania w celu zapobiegania i zmniejszenia oznak starzenia się skóry. Proteiny ze słodkich migdałów wygładzają naskórek, a skóra staje się świeża i wypoczęta. Produkt może być stosowany samodzielnie lub w dwu-stopniowej kuracji złuszczającej z kremem SEBO - PEEL 5%. Przy kuracjach kwasem migdałowym w ciągu dnia zaleca się stosowanie kremów z filtrami zabezpieczającymi przed promieniowaniem UVA i UVB o SPF min. 20."



Zanim rozpocznę subiektywny wywód na temat działania kremu, wspomnę o rzeczach tak przyziemnych, jak opakowanie. Jest one estetyczne, lekkie, wykonane z solidnego plastiku, więc mamy pewność, że się nie potłucze w czasie upadku. Przyznam szczerze, że mój krem notorycznie ląduje na ziemi (ehhh, niech żyje zgrabność i koordynacja ruchowa:P) i do tej pory nic mu się nie stało.
Krem wyposażony jest w pompkę próżniową, co ma swoje wady i zalety. Zaletą tego rozwiązania jest niewątpliwa higiena, największą wadą - niemożność wydostania zawartości, w przypadku gdy pompka nawali. No chyba że rozetnie się opakowanie. Zadanie jest o tyle trudne, że plastik jest dosyć gruby, więc cała operacja może być kłopotliwa. Póki co, moja pompka działa bez zarzutu, więc obyło się bez imprezy z rozcinaniem. 






Sam krem ma delikatną, lekko silikonową strukturę. Nie jest tłusty, ładnie rozsmarowuje się na skórze. Nałożony w większej ilości potrafi się jednak nieprzyjemnie rolować, tak więc ważny jest umiar. Nie zostawia tłustej warstwy, nie klei się, bardzo szybko się wchłania.







Jeśli chodzi o samo działanie, to moje uczucia są dość mieszane. Krem lekko nawilża skórę i tyle w temacie. Jakiegoś szczególnego złuszczania naskórka nie zauważyłam (a wyobrażałam sobie odpadające płaty skóry), tak jak i redukcji rozszerzonych porów,  zaskórników czy grudek. Z drugiej strony, ominęło mnie przedmiesiączkowe pogorszenie stanu cery, więc jakieś działanie na tym polu krem może mieć. Pomimo sumiennego używania kremu przez osiem tygodni, nie zauważyłam też rozjaśnienia cery, a na to najbardziej liczyłam. No cóż...
Plusem jest to, że krem mnie nie uczulił, nie podrażnił ani nie zapchał,co jest ogromnym wyczynem, bo większość mazideł nagębnych bardziej szkodzi mojej skórze, niż jej pomaga.

Co jeszcze? Krem ładnie pachnie i jest wydajny. Na dokładne pokrycie buzi wystarcza mi zaledwie pół pompki kremu.



Podsumowując, sama nie wiem, co myśleć o tym produkcie. Pomimo iż samo działanie nie powala mnie na kolana i pewnie nie kupię kolejnego opakowania, to jednak nie żałuję, że miałam okazję z nim obcować:) 


I jeszcze skład: Skład: Aqua, Mandelic Acid, Butylene Glycol, Glycerin, Tromethamine, Isohexadecane, Dicaprylyl Ether, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Sodium Polyacrylate, Cyclohexasiloxane, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Methyl Glucose Sesquistearate, Ceteareth-20, Silica Dimethyl Silylate, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Methylparaben, Parfum.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Poszukiwany... jasny podkład!

 Dzisiaj pierwszy post z serii "słocze jasnych podkładów" :) Wrzucę trochę zdjęć, jakie od roku zalegają mi na dysku twardym komputera. Może będą pomocne w poszukiwaniach świętego graala, jakim jest odpowiednio jasny i dobry jakościowo podkład:P






Tak jak wspominałam, jestem podkładoholiczką:)

Bourjois 1 2 3 Perfect

Podkłady Bourjois należą do jednych z moich ulubionych. Cena nie wywołuje palpitacji serca, kolorystyka jest w miarę rozsądna, a jakość bardzo dobra. Najnowszym podkładowym dzieckiem Bourjois jest fluid 1 2 3 Perfect.


Producent obiecuje nam skorygowanie niedoskonałości dzięki trzem pigmentom (żółtym, fioletowy oraz zielonym), matowienie, wygładzenie i długotrwałe nawilżenie skóry. Cud, miód i orzeszki.
Jak sprawa wygląda w rzeczywistości?
W moje łapki wpadł najjaśniejszy odcień podkładu - 51 Vanilla Clair. 




Zawiodą się Ci, którzy sądzą, że odcień podkładu jest taki sam, jak w przypadku Healthy Mix czy Flower Perfection. Podkłady Bourjois mają to do siebie, że każda linia ma własną kolorystykę, tak więc pomimo identycznych numerów porządkowych i nazw kolorów, kolory znacznie od siebie się różnią.

W przypadku 1 2 3 Perfect najjaśniejszy odcień 51 Vanille clair, to jasny beż. Nie jest to kolor porcelanowy, toteż nie nada się dla osób z bardzo jasną cerą. Dla mnie jest za ciemny przynajmniej o ton i niestety, nawet po starannym rozsmarowaniu odcina się od szyi.




Posiadaczkom ciemniejszych karnacji może bardziej się poszczęści i dobiorą sobie jeden z pięciu dostępnych odcieni. Kolorki podkładów można sobie obejrzeć np. tutaj.

Podkład zamknięty jest w solidnej butli z pompką. Pompka nie zacina się, nie zapycha, umożliwia wyciśnięcie dowolnej ilości podkładu. Można ją spokojnie odkręcić, co w jakimś stopniu ułatwi wydobywanie  resztek podkładu w przypadku gdy ten będzie się kończyć.

Zapach jest delikatny, nienachalny, kwiatowy. Co ważniejsze - kompozycja zapachowa mnie nie uczuliła, co akurat często mi się zdarza w przypadku kosmetyków perfumowanych.

Podkład ma rzadką, niemal wodnistą konsystencję, nieco podobną do Healthy Mix Serum. Rozprowadza się bez większych problemów. Nie podkreśla skórek, strupków, nie włazi w pory ani zmarszczki mimiczne. Całkiem ładnie wygładza buzię oraz delikatnie kryje niedoskonałości, takie jak rozszerzone naczynka czy lekkie przebarwienia skóry. Wykończenie jest półmatowe, bardzo naturalne. 

I wszytko byłoby świetnie, gdyby nie pewien szkopuł - podkład nierównomiernie ciemnieje na skórze. Mniej więcej po godzinie, dwóch podkład oksyduje w kierunku dorodnej marchewki, tworząc brzydkie plamy. Ponieważ podkład już na starcie jest dla mnie za ciemny, pomarańczowe plamy na bladej twarzy wyglądają, delikatnie mówiąc, paskudnie. Nie da się ich rozetrzeć, czy w jakiś inny sposób poprawić. Makijaż trzeba zmyć i tyle.

O trwałości nie wypowiem się, bo nie udało mi się wytrzymać z nim cały dzień na skórze. Widok placków mnie zniechęcał do gruntownych testów i podkład zmywałam:P

Podsumowując - 1 2 3 Perfect zapowiadał się naprawdę kusząco. Niestety, zbyt ciemne kolory oraz silna i nierównomierna oksydacja automatycznie zdyskwalifikowały go w moich oczach. Tak więc NEEEXT!

niedziela, 17 czerwca 2012

The Body Shop - Lily Cole - Pearl Radiance Primer

Dzisiaj post o bublu miesiąca, czyli bazie rozświetlającej The Body Shop Pearl Radiance Primer, promowanej przez dobrze znaną modelkę i aktorkę Lily Cole.
Baza pochodzi z dość kontrowersyjnej* edycji limitowej, której asortyment przedstawia zdjęcie poniżej:






W skład edycji limitowanej wchodzą cienie do powiek, liner, róże do policzków, perełki rozświetlające, błyszczyki do ust, rozświetlająca baza (którą tutaj 'zjadę') oraz akcesoria - kosmetyczka, lusterko, pilniczek i polerka do paznokci.

Kosmetyki, trzeba to im przyznać, mają urocze opakowania. Przyciągają wzrok, wabiąc kosmetykoholiczki takie jak ja. Dobra, nie będę ukrywać. Do serii limitowanej przekonał mnie wygląd kosmetyków, a nie ich jakość, czy walory pielęgnacyjne:P
I tak oto skuszona ślicznym opakowaniem, weszłam w posiadanie Pearl Radiance Primer, czyli perłowej bazy rozświetlającej.


Baza wygląda tak:




Nie da się ukryć, że producent inspirował się słynną bazą Guerlain, która wygląda tak. Zapewniam Was jednak, że wygląd to jedyna cecha wspólna tych kosmetyków. Działanie mają zaś zgoła odmienne.
Baza TBS ma żelową, glutowatą konsystencję. Po wyciśnięciu na skórę prezentuje się hmmnnn... niezbyt okazale:



Taaaa.... Farfocle, które możecie podziwiać, to właśnie nasze urocze kuleczki. To, że wyglądają paskudnie, to pół biedy - jeszcze gorsze jest ich rozcieranie na skórze. Otóż baza rozprowadza się bardzo topornie, gluty ani myślą wchłaniać się w skórę, tak więc zanim dokładnie je rozprowadzimy na buzi, serwujemy jej solidny masaż:P

Po roztarciu naszym oczom ukazuje się taki widok:


Tak, mamy tu czystą skórę i trochę wielkich drobin miki. Owo rozświetlenie to właśnie wspomniane drobiny miki. Żeby było śmieszniej mika po jakimś czasie osypuje się i po naszym 'rozświetleniu' nie zostaje już nic.

Baza nie poprawia trwałości makijażu, ale nawilża skórę i nieco chowa rozszerzone pory. Wielkim wyczynem to nie jest, bo w moim przypadku potrafi to zrobić niemal każdy krem do twarzy, mający w składzie trochę silikonów.

Podsumowując, baza nie robi niczego spektakularnego. Poza ślicznym wyglądem wizualnym jest absolutnie zbędna w kosmetyczce. Ot, taki gadżet, na którym można zawiesić oko, ale nic poza tym.

Skład ze strony TBS:
Aqua/Water (Solvent/Diluent), Glycerin (Humectant), Dimethicone (Skin Conditioning Agent), Butylene Glycol (Humectant), Bertholletia Excelsa Seed Oil (Emollient), Sclerocarya Birrea Seed Oil (Skin Conditioning Agent), Mica (Opacifier), Calcium Chloride (Cosmetic Astringent), Phenoxyethanol (Preservative), Benzyl Alcohol (Preservative), Algin (Gelling Agent), Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (Stabiliser/Viscosity Modifier), Chlorphenesin (Cosmetic Biocide), Polysorbate 20 (Emulsifier), Isononyl Isononanoate (Emollient/Skin Conditioner), Allantoin (Skin Soothing Agent), Gellan Gum (Emulsion stabilizer, Viscocity increasing agent), Potassium Phosphate (pH Adjuster), Potassium Hydroxide (pH Adjuster), Octocrylene (Sunscreen), Tocopherol (Antioxidant), Parfum/Fragrance (Fragrance), Aloe Barbadensis Leaf Juice (Skin Conditioning Agent), Benzyl Benzoate (Solvent), Hydroxycitronellal (Fragrance Ingredient), Geraniol (Fragrance Ingredient), Linalool (Fragrance Ingredient), Limonene (Fragrance Ingredient), Citronellol (Fragrance Ingredient), Talc (Absorbent/Bulking Agent), CI 77891/Titanium Dioxide (Colour), CI 77491/Iron Oxides (Colour).

* o co chodzi z kontrowersyjnością serii limitowanej: TBS reklamuje serię jako cruelty free, czyli nietestowaną na zwierzętach. Ba, ogłasza się wręcz bojownikiem o prawa zwierząt i zbiera podpisy pod petycją dotyczącą zaprzestanie testów. Sam jednak należy do koncernu L'Oreal, który z upodobaniem przeprowadza testy na zwierzakach. Hipokryzja, nieprawdaż? Więcej informacji znajdziecie tutaj.

L'Oreal Lumi Magique


"Technologia płynnego światła.
Lumi Magique przełamuje kody tradycyjnych podkładów. Specjalnie opracowana formuła produktu pozwala zachować naturalny blask cery i jednocześnie maskować niedoskonałości.
Oceny po zastosowaniu:
> 24 godziny nawilżania*
> 12 godzin trwałości**
> 12 godzin odbijania światła**
> + 30% blasku***
> 100% redukcji błyszczenia skóry***

* Test instrumentalny.
** Test samooceny w grupie 55 osób.
*** Test kliniczny w grupie 29 osób, procentowe przedstawienie poprawy wyniku po 8. tygodniach stosowania produktu."


http://www.lorealparis.pl/makijaz/cera/lumi-magique/podklad/rose-porcelain-c2.aspx?gclid=CPfS14PU1bACFYW_zAodzx4E2A#tab:innovation


Tak o swoim najnowszym podkładzie pisze producent. Niezwykle ambitne obietnice (porównywalne nawet do tych, którymi raczył nas przed Euro 2012 niejaki pan Smuda) wskazują na to, że będziemy miały przed sobą kosmetyk wręcz niezwykły.
Podkład zobaczyłam w sklepie, potem w moje łapki wpadła gazeta z reklamą tegoż cudeńka, na końcu przejrzałam opinie na Wizażu. I nie było siły - podkład musiał być mój.
Co o nim mogę napisać?
Po pierwsze - fatalne odcienie. Halo! W Polsce żyją kobiety o jasnej skórze! Nie wiem, czym kierował się producent wprowadzając na polski rynek odcienie zaczynające się od C2... Po prostu nie wiem ;P A żeby było jeszcze śmieszniej, odcienia N2 także nie uświadczymy. Mówiąc krótko - kupując Lumi, stajemy przed wyborem jakże oszałamiającej ilości 7 ciemnych odcieni. Na szczęście z pomocą przychodzą nam serwisy aukcyjne. Tą drogą nabyłam podkład w odcieniu N1 - pure pearl.


Podkład zamknięty jest w szklanej, całkiem estetycznej butelce z pompką. Pompka nie zacina się, pozwala kontrolować ilość wydobywanego kosmetyku. Można ją też odkręcić, co doceniam po horrorze, jaki zafundowała mi Diorskin Nude (by wyjaśnić - w podkładzie Diora pompka jest zintegrowana z butelką i nie da się jej odkręcić. Jeśli się pompka zatnie, jedynym rozwiązaniem jest zbicie butelki. Podobno istniał sposób wyłamania pompki, o czym powstały nawet filmy na YT, ale litości...)
Podkład ma lekką konsystencję. Cudownie rozprowadza się na skórze. Nie tworzy plam, smug, nie podkreśla włosków, zasuszonych pryszczy, skórek, zmarszczek. Krycie określiłabym jako umiarkowane; moje naczynka są ukryte, ale wyraźne zaczerwienienia i blizny z pewnością będą widoczne.  Wykończenie jest satynowe, co zobaczyć możecie na zdjęciu.




Jak widzicie podkład sam w sobie nie ma drobinek rozświetlających, które odpowiadałyby za odbijanie światła. Mimo to, skóra przykryta Lumi Magique emanuje subtelnym blaskiem. Jest gładka, jedwabista, wręcz świetlista.
Niestety - tylko przez 2-3 godziny. Po tym czasie podkład spływa z mojej mieszanej skóry. Im więcej sebum produkuje skóra, tym krótszy czas utrzymywania się podkładu. Szkoda, bo podkład ma potencjał.
Kosmetyk pachnie bardzo delikatnie, nie uczula mnie ani nie wysusza. W ciągu dnia lekko ciemnieje w stronę pomarańczy. Jest to jednak specyficzna cecha mojej skóry - po kilku godzinach praktycznie każdy podkład wybija na niej żółte i pomarańczowe tony.
Co jeszcze? Warto wspomnieć, że podkład (a przynajmniej jego poszczególne składniki),  testowany jest na zwierzętach. Myślę, że to istotna informacja dla dziewczyn, które decydują się na wybór kosmetyków cruelty free.
Podsumowując, całkiem udany podkład, ale przeznaczony raczej dla cer suchych i normalnych. Swój egzemplarz posłałam już w świat - odziedziczyła go moja siostra, posiadaczka cery suchej - i z tego co wiem, jest z niego zadowolona.

Podaję skład dla zainteresowanych: 

INGREDIENTS : AQUA / WATER,CYCLOPENTASILOXANE, DIMETHICONE, ETHYLHEXYLMETHOXYCINNAMATE, GLYCERIN, ISOTRIDECYLISONONANOATE, PEG-9 POLYDIMETHYLSILOXYETHYLDIMETHICONE, DISTEARDIMONIUMHECTORITE, DIMETHICONE/ POLYGLYCERIN-3CROSSPOLYMER, SODIUM CHLORIDE, PEG-10D I M E T H I C O N E , P H E N O X Y E T H A N O L ,METHYLPARABEN, DISODIUM STEAROYLGLUTAMATE, CHLORPHENESIN, DISODIUMEDTA, ACRYLATES COPOLYMER, ETHYLHEXYLHYDROXYSTEARATE, PROPYLPARABEN,TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE,A L U M I N U M H Y D R O X I D E , P E G - 9 ,ETHYLPARABEN, DIPROPYLENE GLYCOL,ISOBUTYLPARABEN, BUTYLPARABEN, <+/-MAY CONTAIN : CI 77891 / TITANIUMDIOXIDE, CI 77491, CI 77492, CI 77499 / IRONO X I D E S , C I 7 7 1 6 3 / B I S

Podkłady

Kocham podkłady. Uwielbiam je kupować, gromadzić, oglądać i wzdychać do nich. No i oczywiście nakładać je na buzię. Chyba śmiało mogę nazwać siebie "podkładomaniaczką".
Paradoksalnie nie mam na tyle złej cery, by podkłady stosować. Szczerze - wystarczyłby korektor na nos i mogłabym śmiało wyjść do ludzi. No cóż...Każdy ma swoje dziwactwa.
Przy wyborze podkładu kieruję się głównie jednym kryterium - podkład ma być jasny. Jako że moja cera oscyluje w granicach NW10 (zimą), NW 15-20 latem, nie mam tu tak ogromnego pola do popisu, jak koleżanki o trochę ciemniejszej cerze. Z drugiej strony daje mi to możliwość samousprawiedliwiania się, kiedy kupuję kolejną tubę/butelkę/słoiczek (wiecie, coś w stylu : "oj, tamten podkład jest za ciemny! Może ten będzie lepszy!")
Moje zbiory są obecnie dosyć pokaźne, tak więc doszłam do wniosku, że osobno opiszę każdy podkład, jaki obecnie posiadam:)


Szczegóły już niedługo...

Słowem wstępu...

Witam!
Pomysł założenia bloga chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Nie chodziło mi o modę (wszak blogowanie staje się trendy) ale o utrwalenie i zaprezentowanie innym swoich przemyśleń, pomysłów, spostrzeżeń.
Blog będzie traktował głównie o kosmetykach kolorowych i pielęgnacyjnych. Niewykluczone jednak, że poruszę w nim inne tematy:)
Cóż, let's go!