poniedziałek, 24 grudnia 2012

...

Kochani, życzę Wam wszystkim, niezależnie od tego, jak spędzicie najbliższe dni, dużo zdrowia, szczęścia, wszelakiej pomyślności oraz spokoju ducha:*


Szczególnie ciepłe życzenia składam tym, dla których obecny rok nie był zbyt łaskawy... Wszystkiego najlepszego... i będzie lepiej! :*

sobota, 22 grudnia 2012

Delia BioKrem Kozie Mleko - krem na noc

Wybór kremu do twarzy, to dla mnie mordęga. Wszystko przez moją wymagającą i kapryśną skórę. Pół biedy, że jest mieszana - tłusty nos, broda i czoło, suche policzki, najgorsze jest to, że jest wrażliwa (jak bardzo możecie zobaczyć tutaj <klik!>) i wykazuje wysoką skłonność do zapychania. Najbardziej służą mi kremy apteczne, ale jak wiadomo, nie są one tanie.
Ostatnio, buszując w drogerii Jasmin, która jest dla mnie kopalnią niedrogich, polskich kosmetyków, natrafiłam na serię kremów Delia BioKrem. Przyjrzawszy się składom (z tego co pamiętam brak silikonów i alkoholu) postanowiłam zaopatrzyć się w krem na noc z linii Kozie Mleko.



Obietnice producenta:



Krem do twarzy na noc


Działanie: Głębokie nawilżenie i odżywienie podczas snu.
Bogactwo naturalnych składników: Kompleks Lactil – nawilżające składniki koziego mleka o właściowościach hydroregulujących; Olej migdałowy– źródło naturalnych substancji odżywczych: sole mineralne, witaminy A, E, D, witaminy z grupy B, wpływających na kondycję skóry i jej młody wygląd; Kompleks hydromanil – naturalne cząsteczki nawilżające, uzyskane z peruwiańskiej rośliny okolic Andów - Tora; Ceramidy – chronią skórę przed nadmierną utratą wody i szkodliwymi czynnikami atmosferycznymi, ujędrniają ją i wygładzają zmarszczki.

Efekt: Głęboko nawilżona, zregenerowana skóra pełna blasku. Poj. 30 ml

Delia BioKrem Kozie mleko
 


Brzmi całkiem nieźle, prawda? Szkoda tylko, że obietnice producenta nijak mają się do rzeczywistości.

Ale zacznę od rzeczy bardziej udanych. Czyli opakowania.


Opakowanie
jest białe, z wygodnym dozownikiem, który oprócz precyzji aplikacji, zapewnia nam właściwą higienę. Pojemniczek mieści 30 ml kremu, dla mnie to optymalna ilość kosmetyku - przynajmniej mam pewność, że go zużyję go zanim straci świeżość.

Delia BioKrem Kozie mleko

Konsystencja
jest lekka, delikatna, kremowa. Trochę mnie to zaskoczyło, bo po kremie na noc spodziewałam się czegoś bardziej treściwego. Tymczasem Kozie Mleko jest aksamitne, nawet nieco puszyste. Podoba mi się!:)

Delia BioKrem Kozie mleko
 

Działanie
kremu mnie rozczarowało. Krem oprócz wygładzenia skóry, nie robi nic. Ani nie nawilża, ani nie natłuszcza, nie ujędrnia i nie koryguje (choćby optycznie) najpłytszych zmarszczek. Być może nada się do cery tłustej; moja mieszana cera z całą pewnością czuje się niedopieszczona. Kosmetyk wchłania się dosyć szybko, nie pozostawiając po sobie lepkiej, czy tłustej warstwy. To duży plus, bo nie lubię straszyć swojego TŻ tłustą, świecącą twarzą.


Krem mnie nie uczulił, ale lekko zapchał ledwie po 3-4 użyciach. Gdybym używała go jeszcze dłużej, zakończyłoby się to całym stadem dorodnych kulfonów. Osoby podatne na zapychanie - uwaga na Delię!


Zapach jest bardzo ładny, delikatny, nieco mleczny. Na skórze utrzymuje się długo, co mnie bardzo zaskoczyło.


Podsumowując, krem Kozie Mleko niczym mnie nie zachwycił. Ot, taki zwyklaczek. Polecam do skóry już nawilżonej, która nie potrzebuje szczególnie intensywnej pielęgnacji.

piątek, 21 grudnia 2012

Niekosmetycznie - skutki szaleństw na śniegu

Wystarczyły dwa dni buszowania w zaspach, bym złapała solidne przeziębienie. Z nosa mi się leje, zatoki mam przytkane, płuca świszczą, a głowa ciąży mi tak, że mam wrażenie, iż zaraz odpadnie. I potoczy się w kąt pokoju (notabene wymagającego odkurzenia)...
Leczę się "babcinymi sposobami", czyli gorącą herbatką z miodem i syropem cebulowo-czosnkowym. Chociaż podobno równie skuteczna byłaby "setka" + pieprz :D




 Najśmieszniejsze jest to, że to trzeci rok z rzędu, w którym rozłożyłam się dokładnie 21 grudnia. Szczęście, że pod względem ciężkości schorzenia tendencja jest wyraźnie spadkowa. Zaczęłam bowiem od wstrząsu anafilaktycznego, co fajne nie było... Mam nadzieję, że przyszły rok będzie dla mnie łaskawszy i dotrwam w dobrym zdrowiu do wigilii:P

Eau de śledź, czyli o Womanity słów parę...

Dzisiaj będzie o największym perfumeryjnym śmierdzielu, jaki mi dane było wąchać, a nawet bite dwa dni nosić na skórze. Szlachetne miano Śmierdziucha Ćwierćwiecza wędruje do (tadadam!) Womanity EDP. Twórcą tegoż jakże ohydnego zapaszku, jest Thierry Mugler. W sumie, któż by inny wytworzył coś takiego...?

Ok, przedstawię Wam nuty zapachowe tego tworu:

Nuta głowy: cytrusy, nuty zielone;
Nuta serca: figa, kawior;
Nuta bazowa: kremowe drewno figowca.

Thierry Mugler, Womanity EDP


W założeniu Womanity miało być harmonijnym połączeniem dwóch rodzin zapachów: słodkich oraz słonych. Swoista mieszanka pozornie wykluczających się woni, miała dać nam "dzieło totalne"oraz zapoczątkować nowy rozdział w historii przemysłu perfumeryjnego.

No cóż, tyle z szumnych zapowiedzi. Osobiście odbieram Womanity zupełnie inaczej. Gdybym miała podsumować ten zapach jednym słowem, byłby to "śledź". Gdyby były to dwa słowa, to zdecydowałabym się na: "stary śledź". Poważnie. Dla mnie Womanity to ryba. Zepsuta ryba, wylegująca się miesiąc w lodówce, w towarzystwie kiszonych ogórków, odrobiny koperku i spleśniałych fig. Doborowe towarzystwo:P Całość okraszono czymś cytrusowym, słodkim i nieco mdłym.
Zapach rozwija się, ujawniając kolejne nieznośne oblicza rybich akordów; raz czuję śledzia, raz makrelę a raz szprota... Wraz z upływem czasu słodkie i cytrusowe akordy tracą na intensywności, a zyskują na (określenie mojej koleżanki, której dane było napawać się ową wonią)"rzygogenności". Naprawdę, mistrzowska wielowymiarowość.

Trwałość tego cudaka jest powalająca. Usiłując pozbyć się rybiego smrodku, szorowałam nadgarstki i zgięcia łokci wodą z mydłem i przyznam, że niewiele to dało. Przez cały dzień (ku mojej zgrozie, zgrozie kolegów z pracy oraz zgrozie pacjentów) Womanity był ze mną.

Jedyne co mi się podoba w tych perfumach, to flakon. Ciężki, szklany, bogato zdobiony (w stylu art deco) i bardzo charakterystyczny... Ale jak wiadomo - liczy się wnętrze, a to w przypadku Womanity mnie nie zachwyca. Ba, nawet odrzuca.

Podsumowując, Mugler stworzył coś, czego nie udało się stworzyć nikomu przed nim - zapach, który wywołuje u mnie mdłości, który omijam szerokim łukiem i który zdumiewa mnie tym, że może się komuś podobać. Osobiście polecam truciciela jako prezent dla swoich zagorzałych antyfanów: dla teściowej czy nielubianej koleżanki :)

czwartek, 20 grudnia 2012

Niekosmetycznie - parę słów o zmianie szablonu bloga

Jak widzicie od paru dni mój blog wygląda nieco inaczej. Wszystko to jest zasługą nowego, niestandardowego szablonu bloga, jaki sobie wgrałam. Zabieg banalny, a pozwalający naszemu blogowi na nowo odżyć i cieszyć oko (albo wręcz na odwrót, doprowadzający nas do szału, kiedy coś pójdzie nie tak). Cóż, jakby nie było, to zawsze jakiś powiew świeżości:)

Wgranie nowego szablonu jest sprawą banalną, aczkolwiek nie wszystkim znaną, dlatego wrzucę tu małą instrukcję, jak tego dokonać.

Czego potrzebujemy:

1. Chwili czasu. Nie 5 minut, ale przynajmniej pół godziny, by po zastosowaniu nowego szablonu, dokonać korekt.

2. Szablonu, jaki chcemy wgrać. Osobiście do ściągnięcia szablonów polecam tę stronkę <klik!> Przy wyborze szablonu trzeba pamiętać o kilku szczegółach - po pierwsze, by szablon bloga uwzględniał naszą platformę. Mówiąc inaczej, jeśli mamy blog założony na bloggerze to nie wgrywamy szablonów przeznaczonych dla Wordpress-a. To raz. Dwa - pamiętajmy o takich szczegółach, jak obsługa polskich znaków. Większość czcionek użytych w proponowanych szablonach nie posiada polskich znaków, a co za tym idzie, jeśli takowych używamy, czcionkę trzeba będzie później zmienić. Trzy - jeśli nie znamy się na edycji kodu html nie wybierajmy skomplikowanych schematów, bo nie poradzimy sobie z jego edycją. Na początek postawmy na prostotę i funkcjonalność.
Ściągnięte szablony najczęściej są skompresowane (zip, rar) i trzeba je rozpakować.

3. Odrobiny cierpliwości na wypadek gdyby nam nie szło:)

Ok. Przejdźmy teraz do konkretów. Musimy dostać się do szablonu naszego bloga. Najwygodniej zrobić to z poziomu bloggera:



Kiedy już przejdziemy do strony 'szablon', w górnym prawym rogu ekranu odnajdujemy przycisk 'Utwórz/przywróć kopię zapasową'. Klikamy przycisk...



i czekamy na pojawienie się nowego okna.


Tutaj się zatrzymamy. Przed edytowaniem szablonu polecam utworzenie jego kopii zapasowej. Kiedy to zrobimy, nawet w przypadku rozkraczenia się naszego bloga po zmianach, jakie mu zafundujemy, najzwyklej w świecie przywrócimy stare ustawienia.
Aby utworzyć kopię zapasową klikamy pomarańczowy przycisk 'pobierz pełny szablon'. Później zostanie nam tylko wybór miejsca zapisu szablonu na dysku twardym (czy pamięci przenośnej - jak kto woli) i tyle w temacie.



Kiedy już mamy kopię zapasową, możemy przystąpić do wgrywania wcześniej upatrzonego szablonu bloga. W tym celu klikamy przycisk 'przeglądaj' umieszczony pod informacją 'prześlij szablon z pliku na dysku twardym':



Otworzy się nam kolejne okno, pozwalające nam na wybór ścieżki do naszego nowego szablonu:





Po wskazaniu właściwego szablonu, klikamy 'otwórz' a następnie zatwierdzamy wybór użytego schematu przyciskiem "przekaż":



Tutaj blogger może nieco zamulić się, bo w granie nowego schematu chwilę trwa.


I to już w zasadzie wszystko. Schemat został zastosowany. Wszelakie korekty możemy wprowadzać za pomocą edycji kodu html, albo za pomocą projektanta szablonów bloggera (tutaj możliwości są dosyć ograniczone - zwykle są to kolory tła, rodzaje i kolory czcionek). Można edytować też układ, ale najczęściej poprzez dodawanie/usuwanie poszczególnych elementów, a nie stricte przez zmianę rozmieszczenia kolumn, czy ich szerokość itp.

Gdyby coś poszło nie tak, albo nowy wygląd bloga nie przypadł nam do gustu, możemy wrócić do starych ustawień poprzez wgranie kopii zapasowej. Czynimy to dokładnie tak samo, jak uprzednie wgrywanie nowego szablonu.

I to byłoby na tyle. Mam nadzieję, że instrukcja nie jest jakoś szczególnie zamotana i okaże się pomocna:)

środa, 19 grudnia 2012

Bourjois, Liner Clubbing Eyeliner

Od jakiegoś czasu lubuję się w kreskach na powiekach. Ach, nic tak pięknie i elegancko nie wygląda, jak precyzyjna kreseczka na powiece i wyraziste usta:)
Początkowo do wykonywania kresek używałam eyelinera w żelu (Bobbi Brown oraz Catrice), jednak po jakimś czasie przerzuciłam się na tradycyjne linery w kałamarzu. Przez moje ręce przewinęły się taniutkie tusze do kresek Eveline (moje ulubione) czy Wibo, jak i te droższe - Estee Lauder, YSL... Po przygodach z tymi ostatnimi, doszłam  do wniosku, że nie warto przepłacać i dobry eyeliner można kupić za mniej niż 40 zł. Kierując się tą myślą, natrafiłam w Rossmanie na promocję Liner Clubbing Eyeliner (czy tylko ja mam wrażenie, że nazwa jest trochę dziwna?) marki Bourjois. Linera nie znałam, ale nic nie stało na przeszkodzie, bym mu się nie przyjrzała z bliska. I tak oto znalazł się w moim zakupowym koszyczku.

Trochę informacji od producenta:

"Wodoodporny, bardzo trwały eyeliner w płynie z wygodnym aplikatorem. Dostępny w sześciu kolorach. Niesamowicie podkreśla oko. Polecany na wieczór".

Bourjois, Liner Clubbing



Opakowanie

Zwykłe, proste, małe i bez udziwnień. Zmieści się w każdej kosmetyczce. To lubię!

Bourjois, Liner Clubbing



Bourjois, Liner Clubbing




Pędzelek

Niby fajny, bo cienki, w miarę sztywny i nie rozcapierza się. Ale ma jak dla mnie za długą rączkę, przez co niewygodnie się nim manewruje. To raz. Dwa - że długi patyczek z  zainstalowanym na nim pędzelkiem nabiera sporo tuszu, który później spływa (na pędzelek i powiekę oczywiście). Słowem, całość mi się nie podoba. Nauka posługiwania się nim zajęła mi ponad miesiąc czasu, a i tak wciąż zdarza mi się namalować paskudnie krzywe, albo "poszarpane" kreski.

Bourjois, Liner Clubbing


Konsystencja/kolor

Bardzo rzadka, kolor (posiadam nieśmiertelną czerń) jest intensywny, nie tworzy prześwitów. Uzyskana kreska jest wyrazista, ale nie błyszcząca (nie ma "mokrego" wykończenia). Po namalowaniu kreski musimy chwilkę odczekać, by liner dobrze zasechł. Dotyczy to w szczególności sytuacji, kiedy tworzymy grubsze kreseczki lub nakładamy na siebie kilka warstw linera.

Bourjois, Liner Clubbing

Bourjois, Liner Clubbing


Trwałość

Na tym polu liner poległ zupełnie. Po 6-7 godzinach paskuda kruszy się niemiłosiernie, a jego zwłoki w postaci drobniutkich, złuszczonych płatków migrują po całej buzi:(  Wodoodporność? Pic na wodę, liner smętnie spływa z strugach deszczu czy śniegu.

Żywotność

Tutaj akurat produkt zapunktował. Ponieważ nad kreskami pracuję dość długo i mozolnie (zawsze twierdziłam, że nie mam zdolności manualnych), przez czas wykonywania makijażu kałamarz linera jest otwarty i dostaje się do niego powietrze. Skutkuje to tym, że większość moich eyelinerów po miesiącu nadaje się tylko do wyrzucenia (najzwyczajniej w świecie zasychają). Bourjois jako jeden z nielicznych wytrzymał u mnie ponad dwa miesiące, bez dużego uszczerbku na konsystencji.

Uczulanie, wysuszenie powieki

Liner mnie nie uczulił ani nie wysuszył mi powiek. Szczerze mówiąc podchodziłam do niego trochę nieufnie, bo czytałam na forach, że lubi podrażniać wrażliwców. Na szczęście u mnie nic złego się nie stało.

Podsumowanie

Bardzo przeciętny eyeliner. Jedyne co mi w nim odpowiada, to fakt, ze nie zasycha w opakowaniu i ma pięknie intensywny kolor. Mizerna trwałość i beznadziejny pędzelek dyskwalifikują go jednak zupełnie i wiem, że już więcej go nie kupię. Osobiście nie polecam tego produktu.

wtorek, 18 grudnia 2012

Niekosmetycznie - zima, zima, zima...

Tak jak w tytule. Kolejny post, w którym będę zrzędziła. W Polsce północno-wschodniej mamy zimę. I to taką, przy której 10 cm śniegu w Warszawie, nad którym lamentowano przez pół dnia w TV, wygląda co najmniej blado. W formie wyjaśnienia dodam, że z dziką radością opuściłam stolicę i przyjechałam do rodziców na urlopo-święta. No i? Przywitała mnie śnieżyca i z 35 cm warstwa "puchu". O ile to zimne coś lecące z nieba, można nazwać puchem... Dodajmy do tego wiatr i formujące się zaspy białego paskudztwa... Miodzio:P
Dzisiejszy ranek spędziłam na odśnieżaniu podwórka i podjazdu do garażu (chciałam być szlachetna i sprawić przyjemność domownikom) - 2 godziny machania łopatą, które okazały się zupełną stratą czasu, bo po paru godzinach znowu nawiało i napadało mi śniegu.
Próba pójścia na spacer też spełzła na niczym - dłuższe brnięcie przez śnieg sięgający kolan przekroczyło moje możliwości fizyczne. Wróciłam do domu maksymalnie przemarznięta i sfrustrowana.

Brrrr!
Śnieg, śnieg, dużo śniegu!

Tak więc mamy zimę w pełnej jej krasie:P Bleeeh!

Rimmel Match Perfection - podkład dopasowujący się do cery

Jak już pisałam, w moje cudowne ręce ( cóż za skromność...) wpadł w ostatnim czasie odświeżony podkład Rimmel'a Match Perfection. Nie będę udawać - za Rimmelem nie przepadam, a podkład kupiłam wyłącznie ze względu na jasny kolor. Tak, tak, w końcu kogoś oświeciło, że istnieją na tym świecie kobiety z bardzo jasną skórą, które niekoniecznie przepadają za efektem "brązowa twarz - biała szyja". Brawa dla producenta!
No dobra, podkład kupiłam i niemal natychmiast zabrałam się za testowanie. Po dwóch tygodniach testów mogę już co nieco o nim napisać.

Opakowanie

Szklana butelka z pompką i ściętym ukośnie korkiem. Całość całkiem zgrabna, chociaż oczywiście wszystko zależy od gustu. Pompka działa bez zarzutu, pozwala na dozowanie dowolnej ilości produktu. Dobrze, że jest też odkręcana, bo w razie awarii będzie istniała możliwość wydobycia podkładu.

Rimmel Match Perfection

Rimmel Match Perfection


Konsystencja

Przyjemnie rzadka i jedwabista. Podkład jest specyficznie "śliski", zapewne dzięki silikonom, co znacznie ułatwia aplikację i zwiększa komfort nakładania go na skórę.

Rimmel Match Perfection


Zachowanie, efekt na skórze, trwałość

Podkład bardzo dobrze się rozprowadza. Początkowo można mieć drobne trudności z dozowaniem odpowiedniej ilości kosmetyku; przez swoją jedwabistość podkład ślizga się na skórze, ale też szybko w nią "wsiąka", więc nie bardzo wiadomo, jakiej ilości trzeba użyć, by pokryć całą twarz . Osobiście radzę zacząć od malutkich ilości, by nie przesadzić i nie narobić sobie smug i plam.
Podkład nie podkreśla zmarszczek, porów, ani suchych placków na buzi. Mam wrażenie, że oprócz wygładzenia nawet lekko nawilża skórę. Krycie określiłabym mianem średniego; dokładanie kolejnych warstw oczywiście podbija siłę krycia, ale lepiej jest już użyć korektora, niż bez potrzeby szpachlować się warstwami podkładu.
Efektem użycia podkładu jest gładka, aksamitna skóra (wykończenie jest właśnie delikatnie świetliste, nie jest to mat) o zrównoważonym kolorycie. Jeśli miałabym porównać działanie podkładu do innego produktu, to byłby to ... bb krem!
Trwałość w dużej mierze zależy od kaprysów mojej skóry. Bywają dni, kiedy podkład trwa na swoim miejscu cały dzień, ale zdarza się, że spływa już po paru godzinach. Wiem jedno - im bardziej tłusta skóra, tym szybciej podkład znika. Nie polecam więc tego produktu posiadaczkom cery tłustej. Mieszance, normalni (ha!) i suchary mogą się spokojnie skusić.

Kolor

Jestem posiadaczką najjaśniejszego odcienia noszącego dumną nazwę 010 Light Porcelain. Pomysłodawca przynajmniej raz nie okazał się daltonistą, co skutkuje tym, że nazwa jest adekwatna do odcienia. 'Jasna porcelana' to faktycznie jasny, wręcz mleczny beż z domieszką różowych pigmentów. Podkład mnie nie świnkuje, ale w ciągu dnia lekko oksyduje w kierunku pomarańczy. Nie jest to jednak rażące w oczy.

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain

Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain oraz La Roche - Posay Toleriane Teint Correcteur de Teint Fluide10








Rimmel Match Perfection, 010 Light Porcelain oraz La Roche - Posay Toleriane Teint Correcteur de Teint Fluide10

Podrażnienie, zapychanie

Podkład mnie nie zapchał ani nie uczulił. Duża ulga, bo moja skóra przeżywa ostatnio tak silny kryzys egzystencjalny, że nie obejdzie się bez wizyty u dermatologa.

Cena

Około 38 zł. Warto więc zapolować na promocję.

Podsumowanie

Bardzo przyjemny podkład. Ba, awansował nawet na mojego aktualnego faworyta. Wielbicielki lekkich podkładów dających satynowe wykończenie - warto się koło niego zakręcić:)

wtorek, 4 grudnia 2012

Obiecanki cacanki...

I jak tutaj nie pisać o jasnych podkładach, a o innych różnościach, jak pościć, kiedy na rynku pojawia się nowość...? Nie da się:)
Mój nowy nabytek <tadadam!>  czyli odświeżony Rimmel Match Perfection :




Tak, tak. To jest jasne. Jaśniejsze niż Bourjois HM 51. Powiem więcej - to jeden z jaśniejszych, jeśli nie najjaśniejszy z oferowanych na naszym rodzimym rynku* podkładów. Recenzja w drodze, bo trwają testy nagębne... Póki co zdradzę tylko jedno: cóż za dziwadło!

* mam na myśli popularne drogerie, takie jak Natura czy Rossman.

czwartek, 29 listopada 2012

Trochę swatchy...

Jak w tytule. Wrzucam kilka fotek porównawczych, na których widać jaki odcień mają podkłady które ostatnio recenzowałam. W roli neutralnego tła wykorzystałam nie własną skórę a ... przeźroczysty pojemnik na żarcie (swoją drogą nie wiem po co je kupuję, skoro gotuję tak fatalnie, że nawet pies nie jest w stanie zjeść moich 'wyrobów kulinarnych') :D Cóż, potrzeba matką wynalazku...






To byłoby na tyle, jeśli chodzi o moje wywody podkładowe. W najbliższym czasie skupię się na innych kosmetykach, bo blog zrobił się niesamowicie monotematyczny:P A i mi powoli przechodzi obsesja podkładowa (a raczej przesuwa w kierunku tuszy do rzęs...)

A na dobranoc kawałek, jaki mi ostatnio wpadł w ucho i nie chce wypaść:



:)

piątek, 23 listopada 2012

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation

Wywodów podkładowych ciąg dalszy. Dzisiaj dla odmiany będzie o podkładzie, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i który (gdyby nie zbyt ciemny kolor) dołączyłby do grona moich podkładowych ulubieńców. Mowa o podkładzie marki Max Factor Facefinity All Day Flawless.

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation


Opakowanie

Szklana, zgrabna buteleczka z pompką. Pompka działa bez zarzutu, szata graficzna opakowania też niczym nie razi. Wszystko na plus:)

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation


Konsystencja

Dosyć gęsta, kremowa ale nie 'pastowata'. Podkład jest jedwabisty (wyczuwa sie w nim subtelną silikonowość), ale nie można go zaliczyć do podkładów wodnistych.

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation


Rozprowadzanie, efekt na skórze

Podkład rozprowadza się wręcz idealnie. Nie tworzy plam ani smug. Nie podkreśla porów, zmarszczek, włosków ani skórek. Pięknie wyrównuje fakturę skóry, chowając przy tym drobne przebarwienia, blizny, zaczerwienienia i inne mankamenty cery. Oczywiście dużych kulfonów nie przykryje - tutaj ciągle potrzebny będzie korektor, ale osobiście uważam, że podkład osiąga wystarczający stopień krycia - gdyby kamuflował mocniej można by wyczarować sobie przepiękną maskę na buzi.
Wykończenie jest matowe. Nie jest to jednak płaski, pudrowy mat, a raczej mat jaki trzyma zdrowa, zadbana skóra. Chwilę po nałożeniu można odnieść wrażenie, że podkład nieco się błyszczy, ale wystarczy odczekać parę chwil, a podkład utrwali się na cerze i wykończenie przejdzie w kierunku matu.

Trwałość

Dość dobra, aczkolwiek zależy od stanu naszej cery.  W moim przypadku podkład utrzymuje się średnio 8 godzin. Kiedy moja skóra ma gorsze dni potrafi zwarzyć się ledwie po kilku godzinach, natomiast w sytuacji gdy buzia jest dopieszczona (porządnie nawilżona), podkład wytrzymuje calutki dzień w stanie niemal nienaruszonym.

Kolorystyka

No i tu by kogoś pokręciło! Dlaczego, do jasnej cholery, w naszym cudownym kraju nie ma odcienia pearl beige oraz light ivory, tylko kolorówka zaczyna się od ciemnawego 47 nude?! No dlaczego?!
Kolor 47 nude to jasny a nawet średni beż. Będzie pasował osobom z jasną/ średnią karnacją. Posiadaczki cery bardzo jasnej, porcelanowej - nie inwestujcie w ten odcień, bo będzie dla Was za ciemny. Sama nabyłam 'nudziaka'i teraz podkład leżakuje, bo pomimo świetnych właściwości, jest dla mnie zwyczajnie za ciemny i w sposób drastyczny odcina się od szyi. Będę kombinować z mieszaniem go z innym podkładem (NARS-em), ale z doświadczenia wiem, że takie połączenia niespecjalnie sie lubią.
I jeszcze parę słów o oksydacji. Podkład ciemnieje na buzi o pół tonu. Warto to mieć na uwadze i  nie porywać się pochopnie na odcienie ciemniejsze. 47 nude wybija raczej tony ciepłe (żółć i delikatną pomarańcz); w każdym razie nie świnkuje ani też nie przybiera odcienia czerwonej cegły:)

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation, 47 nude

Max Factor, Facefinity All Day Flawless 3 in 1 Foundation , 47 nude


Zapychanie, alergia

Podkład mnie nie zapchał, ani nie uczulił. Duży plus za to, bo pamiętając maskarę jaką uczynił na mojej buzi Lasting Performance, bardzo nieufnie podeszłam do Facefinity.

Podsumowanie

Bardzo dobry podkład za niewygórowaną cenę. Gdyby nie głupia kolorystyka, bylibyśmy najlepszymi przyjaciółmi, a tak podkład powędrował do koszyka i czeka na lepsze czasy. Nie wykluczam, że postram się nabyć odcień jaśniejszy - jesli tak się stanie, dam Wam znać, jak sie on prezentuje:)

poniedziałek, 19 listopada 2012

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E

Tego pana chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Affinitone to kultowy już podkład ze stajni Maybelline. Nawet nie wiem, od ilu lat dostępny jest na rynku, i o dziwo - wciąż cieszy się niegasnącą popularnością. Sama zużyłam co najmniej 4 opakowania tego fluidu, bo - pomimo wielu wad - co jakiś czas wciąż do niego wracam. Ostatnią tubkę kupiłam skuszona informacją, że nowy odcień Light Porcelain jest bardzo jasny. W drogerii nie było testera (ehhhh) więc podjęłam ryzyko, i podkład trafił do mojego koszyczka zakupowego....

Opakowanie:

Zwykła tubka wykonana z twardego plastiku. Niby solidna i estetyczna, ale nakrętka z czasem się wyciera, a twarda tuba paskudnie utrudnia dozowanie fluidu.

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E


Konsystencja

Uwielbiam konsystencję tego podkładu. Jest bardzo rzadka, w zasadzie wodnista, pozbawiona kremowości. Pomimo tego, uwielbiam pracować z kosmetykami tego typu; mogę bardzo precyzyjnie kontrolować ilość nakładanego podkładu, a tym samym  siłę jego krycia. Jestem świadoma tego, że większość kobiet nie przepada za aż tak wodnistymi podkładami, ja natomiast uważam, że specyficzna konsystencja i poślizg, jest największą zaletą podkładu Affinitone.

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E


Zachowanie na skórze, wygląd:

Podkład bardzo dobrze rozprowadza się na skórze, ale nie będę ukrywać -  w przypadku tego kosmetyku ważna jest technika nakładania i sprawność manualna. Podkład jest wodnisty i szybko zastyga, a wręcz zasycha na skórze, toteż można narobić sobie nieestetyczny plam i smug na buzi. W przypadku jakichkolwiek problemów przy nakładaniu, polecam wspomóc się gąbeczką albo pędzlem (najbardziej niezawodnie spisuje się u mnie flat top).
Podkład ma delikatne krycie, które można stopniować poprzez dokładanie kolejnych warstw. Nałożony w odpowiedniej ilości i w odpowiedni sposób (wiem, brzmi to głupio:)) nie podkreśli porów, włosków, czy zmarszczek. Nałożony w zbyt dużej ilości, bądź źle rozprowadzony, potrafi bezwzględnie podkreślić każdy defekt skóry, tak więc polecam ostrożność. Lepiej nałożyć dwie cieniutkie warstwy, niż jedną grubą; wtedy ryzyko klęski makijażowej jest mniejsze.
Podkład kiepsko radzi sobie z suchą skórą - w mistrzowski sposób wynajduje suche skórki, więc należy skupić się na nawilżaniu cery.

Trwałość:

Średnia. Podkład wytrzymuje na mojej mieszanej cerze około 6 godzin. Po tym czasie dzieje się jeden z scenariuszy: podkład wchodzi w pory i zmarszczki mimiczne i tam sobie siedzi spokojnie aż do demakijażu albo podkład spływa całkowicie z buzi, pozostawiając po sobie błyszczącą (od sebum?) skórę.

Kolorystyka:

Tak jak pisałam, skusił mnie odcień Light Porcelain. Tyle, że po zakupieniu podkładu, okazało się, że porcelanowy on nie jest. To pospolity, jasny beż. Pomysłodawca musiał być chyba daltonistą, by nazwać to to jasną porcelaną :P Jeśli chodzi o sztandarowe hasło, czyli dopasowanie do kolorytu skóry, to nie chodzi to o jakieś magiczne właściwości podkładu, a raczej jego stosunkowo niskie krycie czy jak kto woli - półtransparentność. Wiadomo - im podkład mniej kryjący (mniej pigmentów), tym lepsze stapianie się z naturalnym kolorytem skóry. I tyle w temacie.

Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E, 02 Light Porcelain


Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E, 02 Light Porcelain



Maybelline, Affinitone Perfecting & Protecting Fundation with Vitamin E, 02 Light Porcelain



Zapychanie, uczulanie:

Affinitone nie uczulił mnie ani nie zapchał mi porów. Nie zauważyłam też, aby jakoś specjalnie przesuszał mi cerę.

Skład:



Podsumowanie:

Podkład przeciętny. Niczym mnie szczególnie nie zachwyca (z wyjątkiem konsystencji), ale niczym mnie nie odstręcza, dlatego od czasu do czasu lubię do niego wracać. Polecam dla osób, które nie potrzebują wielkiego krycia i mogą poświęcić trochę czasu, by dokładnie rozprowadzić go na skórze. Niecierpliwi, osoby z tłustą i suchą cerą, zabiegani lepiej niech rozejrzą się za czymś innym:)

środa, 14 listopada 2012

Rimmel Wake Me Up Foundation - podkład rozświetlający

Dzisiaj będzie o podkładowym bublu ostatnich miesięcy. Taaak, wiem, że nie tego się spodziewaliście, ale szacowne miano Koszmaru Kwartału wędruję dla podkładu Rimmela...
Jak to zawsze ze mną bywa (uroczyście obiecuję poprawę!!!) kupiłam go zupełnie bezmyślnie, skuszona promocją w Rossmanie. Na swoją obronę mogę dodać, że byłam już wtedy trzecią dobę na nogach i mój mózg nie funkcjonował poprawnie.
Podkład kupiłam, wysmarowałam nim z rana gębę, po 5 godzinach usiłowałam zetrzeć z twarzy, bo to nie było Halloween a nie chciałam nikogo przyprawić o zawał... Tym bardziej, że byłam w delegacji, gdzie powinnam prezentować się nienagannie. Nie wyszło...:P
Ale po kolei...

Opakowanie

Ciężka, szklana butla z pompką i (przepraszam za wyrażenie) oczojebnym korkiem. Szata graficzna nie powstała po to, by cieszyć oko stonowanym wyglądem, a przyciągać spojrzenie. No cóż... Skuteczności owego patentu, nie można odmówić producentowi.
Butla pomimo wszystko estetyczna, pompka funkcjonalna (czytaj: nie rozleciała się po paru użyciach).

Rimmel Wake Me Up Foundation

Rimmel Wake Me Up Foundation

Rimmel Wake Me Up Foundation


Konsystencja

Niespecjalnie rzadka,  w miarę lekka i kremowa.  Podkład zawiera drobinki i nie są to jakieś dyskretne ziarenka miki, a shimmer który w świetle halogenów i na słoneczku świeci jak 100-wattowa żarówka. Tak więc posiadaczki tłustej cery - miejcie się na baczności!

Rimmel Wake Me Up Foundation


Rimmel Wake Me Up Foundation


Rozprowadzanie, wygląd na skórze, trwałość

Podkład rozprowadza się bezproblemowo. Nie tworzy smug, nie rozmazuje się, nie włazi w pory, a wręcz je maskuje, nie podkreśla zmarszczek, włosków, nawet nie znęca się nad suchymi skórkami. Chwilę po nałożeniu, buzia wygląda rewelacyjnie.
Niestety, czar pryska  po dwóch, maksymalnie trzech godzinach. Nie ważne, czym i czy utrwalę podkład, warzy się on ekspresowo. Podkład przemieszcza się do bruzd, porów, zalega przy skrzydełkach nosa, odnajduje każdą zmarszczkę i ją podkreśla. Resztki mazidła, jakie zostały na skórze oksydują i przybierają upiorny, szaro-pomarańczowy kolor. Cała buzia wygląda zaś na spoconą, brudną, jednym słowem umorusaną. Mika dodatkowo potęguje upiorny efekt. Słowo daję, dawno, oj dawno nie miałam nic równie obrzydliwego na twarzy.

Kolorystyka

Nieprzemyślana. Podkład pomimo iż początkowo wtapia się w skórę (nabyłam najjaśniejszy odcień 100 Ivory), potrafi bardzo mocno się utlenić. A że na samym początku, nie grzeszy on naturalnością odcieni (są dziwnie brzoskwiniowe, albo podszyte podejrzanym różem), łatwo o efekt "Indianina".

Rimmel Wake Me Up Foundation, 100 Ivory

Rimmel Wake Me Up Foundation, 100 Ivory


Wysuszenie, uczulenie

Podkład mnie nie wysuszył ani nie uczulił. Być może dlatego, że tylko parę razy nałożyłam go na twarz. Na dalsze testy nie miałam cierpliwości.

Skład:

Aqua/ Water, Cyclopentasiloxane, Titanium Dioxide, Glycerin, Talc, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Dimethicone, Crambe Absyssinica Seed Oil, Biosaccharide Gum-1, Dimethicone PEG-10/15 Crosspolymer, Mica, Vinyl Dimethicone/ Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Lauryl PEG-9, Polydimethylsiloxyethyl, Dimethicone, Dimethicone Crosspolymer, Lecithin, Phenoxyethanol, Sodium PCA, Dimethiconol, Magnesium Sulfate, Sodium Chloride, Disodium Stearoyl Glutamate, Parfum/Fragrance, Urea, Caprylyl Glycol, Silica Dimethyl Silylate, Tocopheryl Acetate, Aluminum Hydroxide, Potassium Sorbate, Polyquaternium-51, Sodium Hyaluronate, Trehalose, Glyceryl Polymethacrylate, Disodium EDTA, Hexylene Glycol, PEG-8, Hexyl Cinnamal, Dipropylene Glycol, Limonene, Butylphenyl Methylpropional, Tocopherol Triacetin, Benzyl Salicylate, Linalool, BHT, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, Benzic Acid, Sodium Lactate, Palmitoyl Oligopeptide.
May containt: Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499) 



Podsumowanie:

Nie, nie, nie!  Naprawdę, nie chcę mieć z tym tworem już nic wspólnego. Ba, odczuwam teraz niechęć do całej marki. Odechciało mi się też spontanicznych podkładowych zakupów:P Podkład polecam jedynie posiadaczkom cery suchej i  cery normalnej - a i to na własną odpowiedzialność.